Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bubusiowo/ogólnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bubusiowo/ogólnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

Oddać dziecku samodzielność.

    Nie do wiary jak szybko czas leci. Zdecydowanie za szybko, niemal ucieka przelewając się między palcami. Jeszcze wczoraj mój synek był malutkim bobaskiem siedzącym w foteliku do karmienia, śmiejącym się i śliniącym brzdącem, który uczył się dopiero posługiwać łyżeczką i widelcem, malutkim i nieporadnym, ale upartym i wytrwałym nerwusem. Dziś już daleko mu do tego opisu. Dziś jest już dużym chłopcem i sam o sobie tak mówi. Wiele rzeczy potrafi zrobić sam, a ja wciąż łapię się na tym, że wciąż przy wielu rzeczach chcę mu pomagać, zamiast dać mu te pół minuty więcej na poprawienie i zapięcie buta, wolę podejść i zrobić to za niego. Ale staram się bądź co bądź trzymać się z daleka, jak już się sama złapię na tym odruchu ratującej z opresji, zatroskanej mamy. Pamiętam jak dwa lata temu była dumna z tego, że mój ówczesny dwulatek wkładał samodzielnie małe buciki i choć nieraz zakładał prawego buta na lewą nogę i odwrotnie i zajmowało mu to czasem z górką dobre pięć minut, to on się nie poddawał, a mnie cieszyła każda taka próba samodzielności i uwielbiałam na to patrzeć. Nie wiem szczerze mówiąc gdzie i kiedy i jak to się stało, że zaczęłam moje dziecko wyręczać w takich momentach. Nie wiem kiedy to się zaczęło, ale wiem, że najwyższa pora przestać i oddać mu jego samodzielność w jego ręce. Czas najwyższy traktować go jak dużego chłopca, którym jest. Pozwolić ubierać samodzielnie buty. Zawsze, nie tylko jak on chce iść na ogródek, a mnie nie chce się zejść na dół. Czas wrócić do samodzielnego mycia zębów, nawet jeżeli to oznacza, że te nie będą idealnie czyste. Czas by poczekać, aż zapnie choć jeden guzik od koszuli, by następnego dnia mógł zapiąć dwa. Czas najwyższy by spał we własnym łóżku, we własnym pokoju. Tak, własnie czas na to wszystko nadszedł i ja sobie zdałam z tego sprawę. Ale. No właśnie, zawsze jest jakieś ale, prawda? Otóż, ale to nie takie proste jak się wydaje. To kwestia przyzwyczajeń i walki z samą sobą, by znowu zacząć syna wspierać, a nie wyręczać. Wiem jakie to ważne w życiu. Patrzyłam na dzieci, które matki wyręczały we wszystkim, a potem miały do tych dzieci pretensje, że nie radzą sobie z najprostszymi zadaniami. Wiem jak to dzieła i broniłam się przed tym, tylko gdzieś się po drodze pogubiłam i dałam się wplątać w wir pod tytułem "daj, pomogę ci".
Ale dlaczego to takie ważne? Ja to widzę tak: myję synowi zęby, niech taki przykład będzie. Ja myję i choćbym tłumaczyła przy każdym myciu co robię i dlaczego, to dziecko mało z tego zapamięta, bo to nie on myje te nieszczęsne ząbiska, tylko ja. Ja się skupiam na myciu zębów, a on na... No właśnie i tu jest problem. Ja się skupiam na zębach, a on na niczym. Myśli o niebieskich migdałach i bawi się w najlepsze, albo co gorsza nudzi się i zaczyna marudzić. A potem? Co potem? Potem przychodzi dzień, w którym stwierdzam, że przecież taki duży chłopak już sam z powodzeniem potrafi umyć sobie zęby i zaczynam tego oczekiwać, nie zważając na to, że przez cały czas mycie zębów to była zabawa lub nuda i nagle oczekuję, że zacznie skupiać się na myciu zębów. I może owszem, jego ręce już potrafią operować szczoteczką bardzo dobrze, ale to jeszcze nie znaczy, że mózg też tak chętnie zajmie się szczotkowaniem. Nie, nie twierdzę, że mózg wyjdzie z czaszki i wyhoduje sobie ręce, żeby chwycić szczotkę i pastę, aż tak mnie wyobraźnia nie ponosi. Twierdzę tylko, że nawet szczotkowanie zębów, takie niby nic, ale wymaga wypracowania sobie rutyny i skupienia się na tej czynności, by można było ją wykonać sprawnie i szybko. Dlatego tak ważne jest, by pozwolić dziecku na wypracowanie tej rutyny i ćwiczeniach skupienia samodzielnie. Być może z mamą czy tatą obok, służącymi dobrą rada i wsparciem, a najlepiej dającym przykład. I tak samo jest z ubieraniem, myciem, jedzeniem. Dlaczego mam nagle oczekiwać, że moje dziecko skupi się na powyższych i poświęci im całą uwagę, skoro dotąd jedynie miał podać rączkę, wystawić nóżkę, czy otworzyć buzię?
Nie taka było moja wizją i założenia dotyczące samodzielności mojego dziecka, ale stało się, zaczęłam go wyręczać i czasu nie cofnę, ale w zamian świadoma tego co się dzieje mogę oddać mu jego samodzielność powoli, bez presji i bez nacisku. Wiem, że to duża zmiana, nawet jeżeli mówimy o małych codziennych rzeczach i jak każda zmiana, wymaga czasu. Mam tylko nadzieję, że wystarczy mi cierpliwości i samozaparcia, by wytrwać w tym postanowieniu, biorąc pod uwagę, że niebawem pojawi się na świecie nasz mały dzidziuś. Tak czy siak, staram się myśleć pozytywnie.


piątek, 22 lipca 2016

Lulanka

"Luli,luli,lui
śpij dzidziusiu,
słodko śpij..."
    Takie oto słowa niezwykle prostej i krótkiej kołysanki padły z ust mojego czteroletniego zaledwie syna. Wyśpiewał je radośnie podczas któregoś powrotu z przedszkola oznajmiając mi przy tym, że tak właśnie będzie śpiewał swojemu braciszkowi, kiedy będzie go lulał do snu o tak - i w tym momencie ułożył ręce do kołysania, jakby w ramionach trzymał wyimaginowaną lalkę i zaczął się zgrabnie bujać z nogi na nogę. Po czym uraczył mnie pięknym, szczerym uśmiechem, pełnym dumy, troski i radości, tak prawdziwym jakim tylko dzieci potrafią obdarowywać. I pobiegł dalej walczyć z liśćmi, czy promieniami słońca pogrążając się tym samym w swojej osobistej codzienności i poddając znanym zabawom.


A ja stałam przez moment jak zaczarowana napawając się tą chwilą i powtarzając ją w myślach wciąż i wciąż, by nauczyć się jej na pamięć. By zatrzymać czas na chwilę choć krótką, by uwiecznić to zdarzenie w pamięci, by móc wracać do niego.
To taki świecący kamyczek, który rozjaśnia mroczą i zimną toń mojego umysłu. Kolekcjonuję te świetliki namiętnie, niezależnie od tego jak małe i błahe by się wydawały, bo nawet jedno ziarnko piasku potrafi świecić jasno w ciemnej jaskini. 

środa, 25 maja 2016

Druga ciąża, szczęście podwójne.

 
  To już 18 tydzień ciąży, drugi semestr, łaaa sama nie mogę uwierzyć jak ten czas leci szybko, przez palce przecieka. Wokół wszystko się zmienia, we mnie się zmienia i ja się zmieniam. Mdłości odpuściły już na całe szczęście, choć nie powiem, czasem jeszcze mnie się tam podniesie. Brzuszek już wystaje do przodu i zaczyna przeszkadzać z lekka, ale odzyskałam trochę życiowej energii, ufff... Żegnaj misiu zapadnięty w sen ciążowy! Witaj mamo ciężarna rezolutna, kreatywna i waleczna! No przynajmniej do pierwszej połowy dnia, później poziom energetyczny zaczyna się wyczerpywać, ale jestem dobrej, naiwnej nadziei, że wraz ze wzrostem ciąży, energia będzie wzrastać proporcjonalnie, tak jak to było przy pierwszej ciąży. Dzidziuś też się zmienia w brzuszku, rośnie i wierci się. Czuję jak się rusza, jeszcze subtelnie i delikatnie, ale wiem na pewno, że to co czuję to moje dziecko, tego nie da się pomylić. Gdzieś w internetach wyczytałam, że na tym etapie dziecko już potrafi słyszeć głosy i je rozpoznaje. I przyznać muszę, że coś w tym jest. Dzidziuś reaguje na głos swojego starszego brata. Nie na mój, nie ma taty, tylko właśnie na Kuby głos. Nigdy by mi to nie przyszło do głowy, a jednak.
    Kocham te chwile! Kiedy wieczorem kładę się na plecach, Kuba przykłada do brzuszka swoją głowę, pyta gdzie jest dzidziuś i przykłada tam uszko swoje ciekawe. Słucha... A jak nic nie usłyszy mówi do dzidziusia, klepie mnie po brzuchu, łaskocze i "pierdzi ustami" i znowu mówi i potem spokojnie nasłuchuje. A ja czuję jak dzidziuś się rusza i w moment słyszę Kubę za każdym razem tak samo podekscytowanego, szczęśliwego i zdumionego nieco jak woła do mnie radośnie "Mamusiu! Ja słyszę bul,bul!" Serce mi rośnie tak bardzo, że idzie się udusić. Szczęścia jakie wtedy czuję nie da się opisać żadnymi znanymi mi słowami. Patrzę na buzię mojego dziecka, Kuby, który jeszcze wczoraj zdawałoby się był takim dzidziusiem w brzuszku. Widzę jego emocje, jego szczęście jak słucha tego upragnionego bul,bul. Widzę żal i smutek kiedy płacze, że nie umie się doczekać kiedy dzidziuś się urodzi. I mnie jest smutno, kiedy jemu jest smutno, ale jednocześnie jestem przeszczęśliwa, że on tak bardzo czeka, że chce i kocha. W końcu patrzę na tą małą, dużą buzię i myślę sobie, że mam wszystko, jestem szczęściarą. Nie muszę mieszkać w pałacu, ani nawet w dużym domu, nie muszę jeść kawioru czy innych ośmiornic. Wystarczy mi mieszkanie i ziemniaki na obiad, ale muszę czuć i przeżywać takie chwile jak te, o których pisałam wyżej. Być otoczona miłością. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Z dzieckiem w kuchni.

    Jak tylko Kuba się urodził mój świat stanął na głowie i zaczął kręcić się wokół niego i tylko wokół niego na początku. Sprzątałam gdy synek spał, kąpałam się gdy bawił się z tatą, odsypiałam gdy babcia wzięła dziecia na spacer... wszystko co robiłam, robiłam już inaczej, nie tak jak dotychczas w wyznaczonych przez siebie porach i standardach. Po porodzie obowiązki domowe zaczęły przypominać wyścigi klaunów. Tak klaunów. A dlaczego? A no dlatego, że po pierwsze wszystko było robione na czas, to w dodatku z głupimi minami i udawaniem pieska, żaby tudzież grubo pomylonej baletnicy. A wszystko po to by uzyskać dodatkowe pół chwili śmiechu na starcie kurzów do końca, czy pozmywanie garów. Żyjąc tak w haosie ogarnięta, robiąc wszystko (łącznie z szukaniem) pod dyktando syna, myślałam, ba byłam przekonana , że świat stanął do dołu głową i śmiejąc się w głos szyderczo wyzywa mnie na pojedynek. Miałam najszczerszą ochotę schować głowę w piach i wykrzyczeć wszem i wobec , że nie dam rady poskładać swojego życia z powrotem do kupy. No tak, ale jak to tak? Umyć się przecież trzeba bo pomijając towarzystwo wokół to ja sama ze sobą śmierdząca i klejącą nie wytrzymam więc idąc na kompromis po prostu odpuszczalam sobie a to depilację, a to balsam, a już w szczególności zwykle grzanie zadka w wodzie. Naczynia w kuchni też trzeba było jakoś ogarnąć, bo o ile mogę sobie zrobić drugą, a nawet trzecią herbatę w tym samym kubku, to jedzenie obiadu raczej z brudnych talerzy nie wyszłoby nam na dobre. No i mój koszmar z tamtych dni... podłoga. Posiadając panele przy pełzającym, wsysającym spod ręki wszystko jak leci , małym niemowlaka trzeba je było zamiatać i myć czasem trzy razy dziennie. Takie uroki kawalerki. I mordowałam się tak czas jakiś, aż pewnego dnia mnie olśniło. We wszystkie obowiązki domowe zaangażowałam synka, oczywiście w stopniu odpowiednim do wieku. I tak mykać podłogę dawałam mu chusteczkę nawilżają i on mył razem ze mną. Jak zbierałam zabawki to i on dorzucił jedną, potem jak już chodził to zbierał razem ze mną. A w kuchni? Gotuje że mną do dziś 😊



 






czwartek, 22 października 2015

Poczytaj mamusiu :D

 
źródło
  Zawsze wyobrażałam sobie siebie jak kładę swoje dziecko do snu tuląc je mocno i czytając bajki przy ściemnionym świetle w ciszy i spokoju. Niestety mój mały synek miał o tym skrajnie inne zdanie. Wolał oglądać bajki, albo względnie słuchać kołysanek, tylko przypadkiem żeby ich mam nie śpiewała... Potrzebuje się przytulić i potrzebuje mieć kogoś przy sobie, ale czytanki to akurat nie była jego bajka nad czym ubolewałam wielce. Im bardziej ja go przekonać do czytanek próbowałam, tym większy sprzeciw wykazywał mój syn. Cóż więc począć miałam ja - strudzona matka z podciętymi skrzydłami? Odpuściłam na jakiś czas. Podsyłałam synkowi książeczki z obrazkami, które zawsze lubił przeglądać, czytałam czasem popołudniami i niekiedy wieczorami. Później stworzyliśmy taki układ, że najpierw oglądamy bajkę, a potem czytamy. Z tym, że w takim układzie Kuba zazwyczaj zasypiał przy bajce, którą oglądał i z czytanki były nici. Nie naciskałam, bo obawiałam się, że może się całkiem zniechęcić. Czasem pytałam czy dziś wolałyby czytankę, a czasem po prostu mówiłam, że dziś najpierw będzie czytanka, a potem bajka i o ile nie stosowałam takich zamian zbyt często to o dziwo nie miał  z tym większego problemu. I tak sobie żyliśmy wieczorami lawirując między czytankami i bajkami, aż tu nagle... O Świecie mój syn się zaczął upominać o czytanki. No - pomyślałam, w końcu! Ale trochę bałam się własnej zanadto entuzjastycznej reakcji i powstrzymałam się od skakanie pod sufit. Nie dalej jak wczoraj taka sytuacje zagościła w porze snu w naszym domu. Oglądamy baję, baja się skończyła,  już chcę gasić światło i położyć się z dzieckiem spać, bo godzina była grubo wieczorowa więc czytankę myślę sobie odpuścimy, wyłączam komputer, odwracam się co by zgasić światło a tam niespodzianka - mój mały szkrab stoi już z książeczką w rękach i anielskim uśmiechem na buźce. Oczy mi się zamykały już same, ale nie mogłam mu odmówić, przecież tego właśnie chciałam.

czwartek, 24 września 2015

Przyjaźń w przedszkolu

 
źródło
  Pamiętacie swoją pierwszą przyjaźń przedszkolną? Tę więź z koleżanką czy też z kolegą tym najlepsiejszym i w ogóle the best? Wspólne psoty, zabawy i łzy? Ja pamiętam. Miałam jedną najukochańszą koleżankę, bez której dzień był straconym marnotrawstwem czasu, ba całego dzieciństwa! Pamiętam, że zawsze wszędzie chodziłyśmy razem, mam na myśli wszędzie wliczają to wizytę w wc na dwójeczkę (wiecie o co chodzi nie?). Leżakowanie było katorgą i to nie tylko dla mnie, ale dla zdecydowanej większości dzieciaków, serio, tylko kilku z nas wtedy spało. A ja z moją koleżanką wymyśliłyśmy sobie zabawę, która była nie lada wyzwaniem tak właściwie, otóż robiłyśmy do siebie głupie miny żeby się rozśmieszyć, ale musiałyśmy zachować spokój i przestrzegać ciszy... nie raz lądowałyśmy "w kącie" za przeszkadzanie innym "grzecznym dzieciakom" w odpoczynku, ale tam już ubaw na całego, bo przecież i tak zostałyśmy ukarane. Pamiętam, że zawsze siedziałyśmy obok siebie i zawsze razem piłyśmy kompot, nie ważne, która akurat była spragniona. Ach... to były czasy beztroski i zabawy... do czasu... do czasu, kiedy to trzeba było dorosnąć i otrzeć łzy, kiedy to okazało się, że moja koleżanka z przedszkola, ta najukochańsza i najulunieńsza dziewczynka ze wszystkich będzie chodziła do innej podstawówki niż ja. Och co to był za koszmar. Świat się zawalił mi cały na głowę, nie potrafiłam pojąć dlaczego tak musi być i dlaczego to wszystko tak strasznie jest niesprawiedliwe. Cóż to były za gorzkie żale... Cały tydzień opłakiwałam. A dlaczego mnie taki akurat a nie inne refleksje naszły? A no bo mój Kuba też ma takiego kolegę w przedszkolu, który to jest najulubieńszy i dziś, kiedy mu powiedziałam, że nie możemy przyjść do niego do domku po przedszkolu Kuba odstawił mi właśnie takie gorzkie żale... piętnaście minut cierpkiego płaczu. Aż strach pomyśleć co to będzie za rok, kiedy to trzeba nam będzie pójść do szkoły.


środa, 16 września 2015

Kreatywnie z dzieckiem.

    Odkąd pamiętam zawsze lubiłam prace manualne: rysowanie, malowanie, wyszywanie, wycinanie. szycie, przyklejanie i majsterkowanie. To zawsze cieszyło mnie niezmiernie. Jednak mój syn nie pala tak strasznie to tego rodzaju zabaw jak ja kiedyś. Owszem lubi sobie usiąść i nagryzmolić potwora, ale tylko jak ma ochotę. Staram się go więc nie zmuszać do tego, nie mniej uważam, że takie zajęcia są dziecku potrzebne do rozwoju wyobraźni i wyćwiczenia rączek i palców, nakłania go więc i staram się zainteresować, ale staram się nie być nachalna. Póki co udaje mi się go zatrzymać na chwilę raz na jakiś czas i bawić się z nim tym czy tamtym przemycając naukę kształtów, kolorów literek i cyferek.













poniedziałek, 7 września 2015

Do przedszkola nadszedł czas.

     Pierwszy dzień w przedszkolu Kuba przeżył radośnie i dzielnie. Świetnie się bawił i nawet nie chciał wracać do domu. Przed wyjściem był podekscytowany i nie mógł się doczekać, kiedy w końcu będziemy na miejscu i będzie mógł się bawić z dziećmi. Na różnice w panującym tam języku nie zwrócił nawet uwagi. Nie mogę uwierzyć, że mój mały Bubuś jest już takim dużym chłopcem! A propos w dzień przed przedszkolem nasz syn się zbuntował i oburzony powiedział, że on nie jest Kubuś tylko Kuba... Gdzie mój mały synuś ja się pytam?! Ale do rzeczy, pierwszy dzień przedszkola zwiastował sielankę i wręczy idylliczną wizję przygody naszego młodego mężczyzny z edukacją, czego niestety  nie mogę stwierdzić w dniach następnych. Był płacz i wczepianie się w ramiona taty - bo to tatuś go zaprowadza i w moje gdy go odbieram. Ale Jego opiekunka zdaje nam relacje i wiemy, że Kuba się świetnie bawi w ciągu dnia. Cóż... damy mu trochę czasu i mam nadzieję, że jakoś sobie to wszystko poukłada w głowie. Wiem, że uczęszczanie do angielskiego przedszkola może być dla niego wyzwaniem i nie ukrywam, że liczę się z tym, że będzie się czuł zdezorientowany na początku. Tak czy siak jestem dobrej myśli.


 Po lewej Kuba tuż przed wejściem do przedszkola
 Pośrodku kiwa nam papa (czytaj, możecie sobie już iść ja się tu klockami zajmę)
 A po prawej już po przedszkolu, zapytany "jak się czujesz" strzelił taką minką ;)
Ale to wszystko w pierwszym dniu.


wtorek, 6 stycznia 2015

Aktualności posylwestrowe.

    Stary rok pożegnaliśmy fajerwerkami, a Nowy przywitaliśmy szampanem,a może na odwrót? Nieważne. Nie był to nasz typowy sylwester, tak jak wcześniej nie czułam magii świąt, tak i sylwester w pamięci mojej nie zagrzeje sobie ciepłego miejsca. Mam tylko nadzieję, że 2015 przychylnym okiem spogląda i ma kilka niespodzianek w zapasie, mam ochotę na wiosnę duszy, bo póki co mój umysł przypomina pogodę jaką oglądam za oknem: jest ponura i mokra i tak dziwnie, przyjemnie chłodna. W przypływach nostalgii rozpamiętuję stare przyjaźnie i przeraża mnie odrobinę myśl, że teraz nikogo prócz mojej rodziny nie mam. Pewnie dlatego tak łatwo przyszło mi opuścić kraj, bo nie zostawiłam tam grupki przyjaciół. Zawsze jakoś dobrze się czułam sam na sam z własnym ja, w otoczeniu męża, a potem dziecka, sporadycznie zamieniając zdań kilka z innymi matkami na placu zabaw, czy ze starymi znajomymi w drodze do sklepu. Nigdy nie odczuwałam potrzeby posiadania przyjaciół, miałam kogoś takiego komu mogłam zaufać - fajnie, nie miałam - trudno. Nie tęskniłam do tego nigdy, aż do teraz, kiedy jestem tak daleko. 
Co by tak dyskretnie zmienić temat muszę się pochwalić, a właściwie pochwalić muszę mojego małego szkraba. Czy pisałam już jak świetnie radzi sobie z gniewem jaki w nim się pojawia kiedy coś nie idzie po jego myśli? Tak? Nie? Nie pamiętam. Otóż teraz Kuba zamiast okładać pięściami wszystko i wszystkich co popadnie, okłada pięściami i kopniakami fotel, powietrze przed sobą albo podłogę, a i to już coraz rzadziej ma miejsce, częściej raczej kładzie się na ziemi i oddycha głęboko aż mu gniew przejdzie. Oczywiście nie zawsze jest tak idealnie, ale nie spodziewam się cudów, tylko stopniowych zmian. Czasem trzeba mu przypomnieć, że bicie to nie zabawa, a bicie w złości jest niedopuszczalne, ale coraz rzadziej. Za to coraz częściej Kuba demonstruje swoją dojrzałość w stosunku do Najmłodszego, całuje go na powitanie, pilnuje żeby miał picie pod ręką, zawsze dzieli się z nim ciastkami, pokazuje mu zabawki i zabawy i co mnie cieszy najbardziej - jest przy tym tak delikatny jak tylko potrafi, a okazało się, że potrafi być bardzo delikatny. Jasne, zdarzają się małe wypadki, ale one zdarzają się nawet ostrożnym dorosłym. Z Najstarszym też Kubuś się pomału zaczął świetnie bawić, już dawno go nie ugryzł, ani nie kopnął specjalnie, rzadko też słyszę wojny o zabawki i kłótnie o miejsce do siedzenia. Za to Najstarszy daje do zrozumienia, że Kuba mu przeszkadza, co zaczęło mnie trochę martwić, bo wynikają z tego nieprzyjemne sytuacje. Mam nadzieję, że mu przejdzie teraz kiedy wrócił do szkoły i będą razem mniej czasu razem spędzać. 

ps. chcecie wiedzieć jak spędzamy zimę? 

chodzimy na kaczki
jeździmy ciuf ciuf

i jeździmy brumem :)




niedziela, 23 listopada 2014

Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły. Czyli o wielkiej uldze.

 
  Bunt dwulatka - mówili, to trzeba przeczekać. Dzieci w tym wieku już tak mają, przejdzie mu - kolejna złota rada. Chłopaki muszą czasem dać sobie po zębach, to normalne, nie przejmuj się - mówili. On jest uparty, pokrzyczy i mu przejdzie, postaw go do kąta, zrób to, albo tamto - mówili. Ale ja czułam, że nie tędy droga, że gdzieś między krzykiem straszliwym, a kolejną wymierzoną pięścią mojego dwulatka kryje się coś jeszcze, wiadomość, której nie potrafię odczytać. Przestałam słuchać złotych rad i zdałam się na intuicję i zdrowy rozsądek. Pomyślałam: może to zazdrość? Zazdrość o kuzynów, o moją uwagę poświęcaną im, albo o to, że teraz uwaga wszystkich domowników nie skupia się wyłącznie na nim. Tylko co z tym zrobić? Nie do końca wiedziałam co robić. Zaczęłam poświęcać synowi więcej czasu sam na sam. Nie dało to pożądanego efektu. Owszem, Kubuś się cieszył z zabaw jakie dla niego organizowałam, ale nie przestał w magiczny sposób bić w złości wszystkich i wszystko dookoła, nadal protestował przy myciu, jedzeniu czy ubieraniu. Były momenty, w których miałam serdecznie dość własnego dziecka. Zaczęłam go odsyłać do kąta z zaleceniem, że jak się uspokoi to może przyjść, ale skutkowało to tylko jeszcze większym wrzaskiem i nieposłuszeństwem. Ręce mi opadały, a w głowie miałam pustkę. Co teraz? Co zrobić? Przecież nie zostawię tego tak, nie przeczekam, bo będzie tylko gorzej, nie oszukuję się, że z czasem jakoś dziecko samo się wychowa. Potrzebuję pomocy pomyślałam, przecież moje kochane maleństwo, mój skarb nie może być złem wcielonym. Muszę poszukać pomocy - myślałam. I tak w głowie zaświtał mi tytuł: Jak mówić, Jak słuchać, jak to leciało? Pozycja dość dobrze znana w blogowym światku, swego czasu czytałam mnóstwo recenzji tego tytułu, co to wyrosły jak grzyby po deszczu. Spróbuję - pomyślałam, może znajdę jakąś poradę dla siebie. Do książki podeszłam sceptycznie, nie chciałam czytać znowu o stawianiu dziecka do kąta, czy naklejkach w nagrodę, bo ten system po prostu nie zdał u nas egzaminu. Zaczęłam więc lekturę pomału z niewielką nadzieją i obawą zarazem. I pochłonęłam ją jak pączka w tłusty czwartek.. To było to, czego mi było trzeba. Czytałam ze łzami w oczach, bo zobaczyłam jak niesprawiedliwie traktuję własnego syna, mojego synka, którego tak strasznie kocham. Ta książka uświadomiła mi że zamiast pomóc swojemu dziecku radzić sobie z gniewem, tylko dawałam mu więcej powodów do złości, a to tylko jeden z wielu błędów jakie popełniałam. Teraz po przeczytaniu "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły" czuję się jak oświecona. Zdążyłam wprowadzić tylko kilka zmian, jeszcze dużo pracy przede mną, nad sobą i własnym zachowaniem. Ale już te kilka zmian zakwitło w Kubusiu. Wtajemniczyłam tatusia w nowe zasady i sam przyznał, że to działa. Kuba zamiast krzyczeć, potrafi się uspokoić i powiedzieć czego chce, mając wybór i słysząc pochwały chętnie demonstruje samodzielność, je i myje się z radością, ale to opiszę w innej notce. Ja jestem szczęśliwa, odetchnęłam z ulgą bo wreszcie  wiem jak mam postępować by ujrzeć skutki. W planach mam dalszą lekturę tych autorek.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Plastyka w domu.

    Osobiście zawsze byłam istotą, którą jak magnes przyciągały zajęcia plastyczne, jako dziecko mogłam siedzieć godzinami wśród kredek, farb i ciastoliny, wolałam nawet to od lalek czy zabawy w gotowanie. A jak podrosłam te kilka centymetrów i etap lalek zostawiłam dawno za sobą, miłości do tworzenia nie straciłam. I tak po dzień dzisiejszy kocham rysować, malować i modelować i od czasu do czasu próbuję podzielić się moim zapałem z synkiem, a on nawet jeżeli nie zakochał się w kredkach to cieszy się niezmiernie, że jest przy mnie i że ja jestem wtedy cała dla niego, że robimy coś razem i potem razem nadal się bawimy.

   Ostatnio wyciągnęłam na ślepo kredki, kolorowe kartki , klej, nożyczki, zakreślacze i patyczki do lodów. Kuba z wielkim zadowoleniem bazgrał po kartkach, a ja z Najstarszym robiliśmy główki na patykach.. Ja swoją robiłam z myślą o Kubie więc co rusz pytałam go o to czego jeszcze brakuje i jaki ma mieć kolor. Efekt wyszedł bardzo ciekawy, nie dość, że Kuba wysiedział cały czas powstawania pracy i nie marudził.to jeszcze się świetnie bawił.



To ponadto gotowa już buźka została ochrzczona imieniem Pipi, dowiedziałam się, że ma pięć lat, lubi pić kakałko i grać na gitarze. I przez kolejne dwa dni była najlepszym przyjacielem Kuby. Kiedy synek bawił się autkami, Pipi bawił się razem z nim, a kiedy poszliśmy na spacer Pipi został położony w łóżeczku i przykryty starannie kocykiem. Nie sądziłam, że taki za przeproszeniem kawałek papieru może zostać obdarzony taką sympatią mojego dziecka, więc idąc tym tropem w planach mam przedstawienie z papierowych stworzeń w roli głównej. Uwieczniony na zdjęciu obok Pipi niestety już w teatrzyku uczestniczył nie będzie gdyż przepadł w czeluściach śmietnika zalany mlekiem i płatkami. Ale pamiątkowe zdjęcie zdążyłam zrobić.




   Dziś ugniataliśmy masę solną, z którą Kubuś miał styczność pierwszy raz w życiu i był nią absolutnie zachwycony. Na początku jak wrzuciłam wszystkie składniki do miski Kuba chyba myślał, że robię jakieś ciasto i przyglądał się z daleka. Ale jak tylko go zawołałam i powiedziałam, że potrzebuję pomocy... O matulu złota jak się oczka Jego zaświeciły na myśl o włożeniu ręki do tej masy co tak palce oblepia. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wyrobiliśmy masę, Kuba bawił się wciskając paluchy w kulki z ciasta i odbijając widelce. Nawet zdążył polizać swoją masę i stwierdzić, że jest pyszna. Potem lepił ze mną ślimaka, obserwował bacznie jak kulam długiego "makarona" i zawijam go na wzór lukrecji, by chwilę później próbować powtórzyć to samodzielnie. Masy solnej mieliśmy dużo to postanowiłam jeszcze ulepić rybkę. Ja lepiłam, a Kuba dzielnie kulał mi makaroniki i małe kuleczki na łuski i cieszył się, że lepi rybkę z mamą. Aż w pewnym momencie usiadł mi na kolanach i dalej robił kuleczki, tylko nieco wolniej i wolniej aż przestał kulać w ogóle, po chwili zorientowałam się, że Kuba po prostu zasnął :D

Kilka ostatnich łusek zrobiłam sama. Teraz jak nasze zwierzaki się wysuszą będzie można je pomalować.





sobota, 25 października 2014

Kuba i kuzyni.

Kto zgadnie gdzie się Kuba schował?:D
    Czas temu jakiś wstecz, gdy Bubuś już na świecie witał wszystko i wszystkich swym uśmiechem, zdecydowaliśmy, że nie będzie on jedynym naszym dzieckiem, wizja Kuby w roli starszego brata, rozczulała mnie niesamowicie, a i myśl, że nie zostanie sam jeden samotny na świecie jakoś dodawała mi otuchy. Na powtórkę z rozrywki nadal zdecydowani jesteśmy, a póki co Kubuniek sprawdza się w roli starszego i młodszego kuzyna, jako że do Anglii przyjechaliśmy do dwójki łobuzów. Nagle mamy pełną chatę, że głowa mała, a nasze dziecko nagle nie jest jedynym chętnym do gier, zabawek, rysunków i zabaw, a do tego jeszcze trzeba wciąż uważać na najmłodszego, dzielić się choćby przestrzenią przy stole czy słodyczami i tak o ile w piaskownicy nigdy z tym kłopotu większego nie było, tak teraz dzielenie się z kuzynami nie idzie tak do końca gładko. Najmłodszy zawsze ma przecież najlepsze zabawki nawet jeśli jest to tylko łyżka, więc Kuba zawsze i wszędzie zabierał zabawki powodując krzyk, płacz i lament. No cóż zawsze był sam i zawsze bawił się czym chciał i nie do końca rozumiał czemu berbeć płacze. Tłumaczymy więc kilka razy dziennie, że tak nie wolo, że on miał pierwszy, że jak się znudzi to zostawi, że on też chce się bawić, a jak się mu wszystko zabierze to będzie płakał. Kuba słucha, myśli intensywnie, przetwarza informacje i... Stanęło na tym, że zamiast podbierać z podłogi czy wyrywać z rąk nasz mały spryciarz po prostu zamienia się zabawkami z Najmłodszym i w taki magiczny sposób wilk jest syty, a owca cała. Jednak zabieranie zabawek to mały problem, zdecydowanie większym jest sama natura Kuby. Otóż to nasze malutkie i kruche dzidzi podrosło, nabrało siły i  zaczyna jej używać. Zdarzało mu się często (nadal zdarza czasami) ugryźć Najstarszego, albo uderzyć Najmłodszego gdy coś nie po jego myśli się działo, wtedy stawał w kącie z większa bądź mniejszą histerią u boku, a jak się uspokoił i przeprosił to dalej się grzecznie bawił. I to jest tak zwana normalna kolei rzeczy. Zrobił źle, dostał karę, czegoś się nauczył. Ale w momencie gdy Kuba chce tylko Najmłodszego przytulić, ale robi nieostrożnie kończy się to krzykiem i Kuba jest skołowany, stawia się do kąta sam bo przecież mały krzyczy. I tu moja głowa puchnie i kotłuje się strasznie,bo nie mam pomysłów jak to zrobić żeby było dobrze. Póki co uczymy się delikatności, głównie na misiach bo Najmłodszy włącza syrenę jak tylko Kuba się do niego zbliży, chyba że ma akurat dobry humor to pozwoli sobie nawet dać buziaka. Jak się ostatnio przekonałam, nauki na misiach nie poszły w las, bo Kuba sam własnoręcznie nakarmił Najmłodszego zupką, powolutku, pomalutku, delikatnie i ostrożnie nabierał zupkę i wkładał małemu do buźki, a na sam koniec jeszcze bił sobie brawo, że jest taki dzielny i Najmłodszemu, że zjadł. Przyznam, że ten widok natchnął mnie ogromną dawką optymizmu, bo zaczynałam nie poznawać własnego dziecka. I tym akcentem zakończę już mój dzisiejszy słowotok.


czwartek, 14 sierpnia 2014

Po prostu anioł.

    W okres buntu dwulatka Kuba wszedł co prawda małymi krokami, ale za to jeszcze przed drugimi urodzinami. Początkowo głównie tylko się złościł waląc nogami o podłogę, względnie wrzeszcząc wniebogłosy jak opętany, pojawiły się też próby (niektóre udane) gryzienia. Poczekam, wytłumaczę, on w końcu zrozumie - myślałam.  Ychy...  naiwności słodka, gorzki ma posmak prawdy. Teraz Kuba jest już troszkę starszy i rozumniejszy. Niby rozumie co się do niego mówi, niby wie, że gryzienie i bicie boli, wie że za takie objawy agresji trafi do kąta, a mimo to nadal podnosi rękę i uderza. Wcale nie mocno, czasem wcale nie trafi, ale robi to świadomie i z premedytacją. Czasem ręce mi już opadają, ale wciąż szukam sposobów, by go tego oduczyć. Bo to jest nasze największe zmartwienie. Zaraz potem jest złość i protest. Stawiam mu śniadanie przed nosem - złość, płacz, protest, wykręty. Stawiam mu obiad - on udaje, że śpi. Mówię, że już jest późno i trzeba wracać z placu zabaw do domu - łzawa histeria, z zapieraniem nóg o trawę. Biorę go za rękę - krzyk, zwis na ręce z podkuleniem nóg. Itp. Aż czasem mam dość, czeka nas dużo pracy nad tymi zachowaniami.
Ale, żeby nie było, że mamy w domu istnego terrorystę w dziecięcej skórze, dla równowagi muszę napisać, że często dostajemy od naszego małego łobuza buziaki i przytulaski, ba nawet dba o to byśmy z mężem buziaczkowali się nawzajem. Chętnie dzieli się z nami, i nie tylko z nami pysznościami, z zabawkami gorzej, ale tragedii nie ma. A jak się bawimy, kopiemy piłkę, odbijamy balonik czy cokolwiek innego sobie wymyślimy to z Kubunia taki mały aniołek się robi, taki anioł, ze ostatnio przy gilgotkach złamał mi nos, a tak przypadkiem. I tym optymistycznym akcentem zakończę słowotok na dziś.


piątek, 9 maja 2014

Deszczowe popołudnia.

    To, że w słoneczne popołudnie wychodzi się ze swoimi pociechami na spacerek, do parku, lasu czy na plac zabaw to żadna nowość dla rodzica, ale kiedy deszcz, mżawka, czy słota krzyżują nam plany to już kwestia spaceru nie jest taka oczywista, przynajmniej nie dla wszystkich. Bo my ostatnio spacerujemy w akompaniamencie spadających kropel deszczu, w kaloszach, z parasolką lub bez, Kuba zaznał już niesamowitej radości z badania głębokości dna kałuż i maszerowania z drążkiem parasolki w rączce. Pewnie nikogo nie zadziwi fakt, że w ulewę staramy się siedzieć w domu, ale lekki deszczyk nam nie straszny.

Widzieliście kiedyś parasol na nogach przemierzający chodniki i ulice?

To wcale nie parasol na nogach! To Kubuś we własnej osobie z maminym parasolem ;)

A tutaj już po deszczyku w kałuży robi plusku plusku :)


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dwójeczka za nami!

    Jesteśmy już oficjalnie rodzicami dwulatka. Kiedy to zleciało?! Pamiętam pierwszą kąpiel jakby to było wczoraj. A dziś? Dziś Kuba jest już małym dzieckiem, które ma własny gust, własne zdanie i własne już nabyte przyzwyczajenia, przykładów kilka zapiszę ku pamięci, tak na przyszłość. Zasypia ze swoim misiem i kocykiem w ciszy i w ciemnościach bo tak lubi najbardziej, już nie domaga się kołysanek, chyba usłyszał, że mama jednak fałszuje. Rano obowiązkowe jest mleczko pociągane jeszcze pod kocykiem w ciepłym łóżeczku. Na spacerki lubi zabierać autko, które ciągnie za sobą na sznurku. Mogę tak wymieniać w nieskończoność... Ale skupię się teraz na kilku osiągnięciach, które dla mnie osobiście są wielkimi sukcesami. Mianowicie muszę koniecznie się pochwalić, że nasz chłopiec na dobre porzucił noszenie pieluszek w dzień, w domu sisiu robi się do muszli ,a na spacerach już też w krzaczkach można podlać trawkę, a nawet grubszą sprawę już załatwia do nocnika bez większych przeszkód, z racji czego chodzę dumna jak paw, bo z tym było ciężko swego czasu. Z innej całkiem beczki powiem, a raczej napiszę, że Kuba dobrze się komunikuje, choć nie lubi używać do tego słów, woli gestykulować i posługiwać się dźwiękami naśladowczymi, pracujemy nad nowymi słowami pomału, bez nacisku i mam nadzieję, że się niebawem rozgada.

Impreza urodzinowa udała się bez większych przeszkód, a Malutki był zachwycony balonikami i tym, że cała rodzina była w komplecie i wszyscy się nim interesowali. Nie ważne prezenty i życzenia, ważne, że dziadzia z wujkiem będą pajacować, że wszyscy będą patrzeć jak on tańczy, że babcia połaskocze, że mama z tatą będą przytulać.

Dmucham świeczkę!

sobota, 12 kwietnia 2014

Mały manipulator.

    Kuba naśladuje niemal wszystko co zobaczy, w końcu w ten sposób się uczy. Czasem dosłownie odejmuje mi mowę jak widzę go w akcji, bo nie dość, że jest w tym wszystkim absolutnie uroczy, to jeszcze bardzo sprytnie te nowe zachowania wykorzystuje. I tak już od dłuższego czasu potrafi podmuchać i dać buzi jak ktoś przy nim zrobi sobie ała. Nawet jak on sam jest sprawcą tego ała, jak mnie ugryzie na ten przykład, ja czasem krzyknę, czasem nie, ale zawsze tłumacze, że nie wolno, że boli i że nie będę się z nim bawić jak będzie tak robił i co robi mój syn w takiej sytuacji? Ano dmucha i całuje z takim uroczym uśmiechem, że nie idzie się gniewać, a on sam jest z siebie niesamowicie dumny. A jak matka dalej gada, że niegrzeczny, że nie wolno, nie wystarczy podmuchać, że to że tamto. No to co trzeba zrobić, żeby babie się jadaczka zamknęła? A no dać buziaka, a nawet dwa i uśmiechnąć się najpiękniej jak tylko sie potrafi. Tylko od kogo on się tej mądrości życiowej nauczył to ja nie wiem. Za to jak tata traci pomału cierpliwość, pokrzyczy, albo zaczyna tłumaczyć, no to taty już tak buzi zamknąć się nie da, ale i na tatę jest sposób, do taty synuś się przytula i pokazuje, że jest mu smutno i przykro i dopiero potem buzi na zgodę daje. Tak więc, mimo, że ten nasz synuś to czasem energetyczna bomba zegarowa i łobuz małoletni to jest niezaprzeczalnie uroczym wydaniem jednorazowym.

Ps. Uroczy łobuz w poniedziałek kończy 2 latka :) w następną niedzielę będzie impreza :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Wycieczka do miasta, niby takie nic.

    Kubuś jest zdecydowanym fanem wszelakich brum-brumów, w tym wielkich prawdziwych autobusów, którymi przejażdżka to dla niego jak spełnienie marzeń, obietnica dobrego dnia i najlepsza nagroda na świecie. To też w piątek odbyliśmy rodzinną wycieczkę do miasta, dla nas takie nic, autobus, duży sklep i znowu autobus, ale dla Malutkiego taki dzień to święto, był przeszczęśliwy, sami zobaczcie.


Kubuś w autobusie siedzi jak zaczarowany, patrzy sobie na przelatujący szybko świat za oknem
obserwuje otaczające go otoczenie i ludzi.

Poszliśmy do sklepu, a tam zamiast wózka można było poruszać się taką super furą! I jak tu nie skorzystać?
Koniki też trzeba było wypróbować. Tata wrzucił pieniążek i karuzela ruszyła.
Po drodze była jeszcze jedna fura i to taka wielka! Nie można było obok niej przejść obojętnie.


Na koniec jeszcze trzeba było nakarmić "pepe" na przystanku.


niedziela, 9 lutego 2014

Uśmiech dziecka.

    Rozpromienione, wielkie oczka, z których bije szczera radość, uśmiech obnażający białe ząbki, śmiech głośny i radosny tak, że nagle znikają wszystkie troski i zmartwienia, taki który dociera aż do duszy. To jest to czego rodzice chcą dla swoich dzieci. I my chcemy tej radości dla swojego syna. Dajemy mu więc to co mamy najcenniejsze - czas. Bawimy się w chowanego, oglądamy książeczki, budujemy namiot, a to obecnie doprowadza małego na szczyt zadowolenia. Gonimy się, gilgamy, kręcimy i straszymy. A Bubuś jest w niebo wzięty, nie liczą się klocki jak ma się nimi bawić sam, autka stoją w kącie jak bawimy sie w chowanego, nawet komórki mogą czuć się bezpiecznie jak właśnie tata goni syna naokoło stołu. Na spacerze widzę,  że mały idzie grzecznie za rączkę, jak wie, że może liczyć na zabawy, śmiechy i chichy po drodze. Nawet obiad jest bardziej apetyczny gdy jedzony jest z rodzicami.





środa, 5 lutego 2014

Co wieczorem doprowadza mnie do łez.

    Jest godzina 23 z hakiem, Bubuś ani myśli zasypać, leży obok mnie spokojnie, lecz z otwartymi oczyma i co chwila obdarowuje buziakami. Patrzę w te wielkie, piękne oczy i mówię cichutko: synku?, a on zwraca buźkę w moją stronę i czeka na to co takiego mam mu do powiedzenia. Mówię więc do niego równie cicho jak wcześniej: kocham Cie. A on uśmiechnął się pięknie całą buziuchną, obją mnie i uściskał mocno, pocałował raz jeszcze, wtulił się ponownie i zasnął spokojnie jakby nigdy nic, tak po prostu z uśmiechem na ustach. A ja wzruszona tym wszystkim poryczałam się jak bóbr.


piątek, 17 stycznia 2014

Mały artysta.

    Dziś dla odmiany od nudnych i przereklamowanych już kredek ołówkowych, pokazałam Bubusiowi co to są farbki i jak się maluje pędzelkiem. Muszę przyznać, że bardzo się to malowanie spodobało, ku mej osobistej uciesze. Zbliża się dzień babci i dziadka więc coś by się przydało zmajstrować :)

A teraz mała galeria:
mazu, mazu po karteczce

a co to? i co z tym teraz robimy?

acha! odbijamy na kartce, fajnie!

i kredki też się pokazały, ale świecowe.