Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co mnie wkurza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co mnie wkurza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2016

Jak to jest być w ciąży? Part 2. Trymestr drugi.

Zgodnie z zapowiedzią przyszedł czas na opisanie drugiego trymestru ciąży. Pierwszy już jest za nami, znaczy za mną i znaczy, że już o nim pisałam wcześniej o >>>TU<<<    . Pisałam w formie listu skierowanego głównie do mężczyzn z pogódek w tamtejszym poście opisanych, więc i ten zachowam w podobnej formie, przeca jest to kontynuacja jakby nie było poprzedniej części. Zagmatwałam się trochę... Trudno,w ciąży jestem, wolno mi, hahaha. Dobra do rzeczy. Wytrwałych zapraszam do lektury i odsyłam niżej.

Trymestr drugi. Niby nic takiego, niby ten najlepszy, najlżejszy i w ogóle. A jednak ma swoje za uszami, jak i uroki posiada pewne, jak to w życiu przecież już jest. Trymestr drugi, to ten moment, kiedy brzuch zaczyna rosnąć bynajmniej nie powoli. I daje o sobie znać w różnych nieoczekiwanych momentach. Dajmy na to, że potrzeba nam coś wyciągnąć z górnej półki kuchennej. Nic takiego, robiliście to setki razy dotąd i zawsze tak samo. Wystarczy się wyprężyć odrobinę, stanąć na palcach i zmniejszyć dystans wciskając blat kuchenny w brzuch,po czym chwytasz to co ci było potrzebne i warte tej gimnastyki i już masz to co mieć tak chciałeś. Proste nie? No to teraz spróbuj to zrobić z piłką  pod koszulką. Od razu uprzedzam, że jakiekolwiek próby ograniczania wolności brzucha coraz częściej kończą się kopniakami. Im wyżej ciąży tym kopniaki silniejsze. Ba, czasem, a raczej częściej niż czasem to ograniczanie brzuchowej wolności okupuje się brakiem tchu, zgagą, bądź niezbyt miłym przypomnieniem tego co jako ostatnie trafiło do żołądka. No ale nic, żyć jakoś trzeba, więc na pomoc przychodzi krzesło i małe przemeblowanie w kuchni. Czyli i tak już nie potrzebne kieliszki do wina chowamy na ową znienawidzoną górną półkę, podobnie jak kieliszki do wódki i te fajne szklanki na koktajle, a jak mąż/partner/ktokolwiek będzie miał ochotę z nich skorzystać to niech sobie wyciągnie, o!



Chociaż nie, te fajne i cieszące oko szklanki mogą być wypełnione sokiem owocowym z cytrynką i palemką i można chociaż udawać, że się pije pysznego drinka. Tak, ciężarna kobieta też czasem ma ochotę się napić czegoś mocniejszego, a co? Myślicie, że jak ciężarna i pić jej nie wolno to już się nie chce? A właśnie, że chce, tylko nie może, a ty mężczyzno się dziwisz, że patrzy na Ciebie spod byka jak wyciągasz kolejne chłodne piwo z lodówki i beztrosko nalewasz sobie chmielowy płyn do kufla wypełniając aromatem cale mieszkanie. Myślisz, że ona ma Cię za alkoholika, a ona po prostu też chciałaby się tak po prostu napić, w sumie to taka ciężarna chciałaby dużo, tylko nie na wszystko jej wolno. Jeżeli przed ciążą kobieta paliła i udało jej się rzucić to świństwo dla dziecka, to powinieneś nosić ją na rekach za wytrwałość i determinacje i wspierać jak tylko to możliwe, włącznie, albo przede wszystkim izolować ją od papierosów i ich zapachu, zwłaszcza własnych. Tak więc panowie koniec z popalaniem w domu czy na klatce schodowej bo zimno, bo pada, bo wieje, bo słońce i w ogóle, tylko jak się palić chce, a rzucić jak wasza dzielna ciężarna nie potraficie, to należy ruszyć szanowne cztery litery poza ognisko domowe i przecierpieć pogodę, czy denerwujących sąsiadów i tam poddać się nałogowi i nie zapomnijcie chociażby o miętówce.



Pamiętacie Panowie wasz ostatni szybki numerek z przewieszoną przez blat kuchenny obecną ciężarną? Albo zmysłową grę wstępną pod prysznicem? A te wygibasy, kiedy próbowaliście kolejnych pozycji z Kamasutry? Ona też pamięta. I też chętnie by powtórzyła to i owo, serio. Tyle, że jej ciało nie zawsze ma na to ochotę, wiecie hormony i te sprawy. Albo odwrotnie, ona by najchętniej położyła by się spać, w końcu zmęczona biedaczka pomału odzyskuje energię, którą dziecko z niej wyssało w poprzednim trymestrze, a jej ciało zwłaszcza te partie od pasa w dół chciałyby harcować, fikać i brykać. I weź tu się człowieku dogadaj z własnym ciałem. A żeby tego było mało, należy pamiętać, o subtelnych kopniakach, które czuje ciężarna kobieta i wierzcie mi nie łatwo jest skupić się na przyjemnościach, kiedy akurat teraz dostaje się z łokcia gdzieś w brzuchu, bo chociaż w 2 trymestrze ruchy dziecka nie są jeszcze tak intensywne to jednak one są, i brzuszek jest i jest też świadomość, że ma się w sobie dziecko, nawet w sypialni nie jesteście sami.




A skoro już o ruchach mowa, to należy stanowczo podkreślić, że z otrzymywane raz za razem tak zwane kopniaki to momenty absolutnie magiczne w życiu ciężarnej kobiety. A jak mężczyzna będzie odpowiednio cierpliwy to i on pod ręką, czy policzkiem poczuje ów piętę, czy łokieć akurat wędrujący po wewnętrznej stronie brzucha. To ten moment właśnie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że to nie sen, że to się dzieje na prawdę, że kobieta ma w sobie małego człowieczka, już nie ma fasolki, groszka, czy innego czegoś co tak bardzo boimy się nazwać mianem człowieka, to nie jest zmutowane warzywo z rączkami i nóżkami tylko żywy mały człowiek, którego już czuć pod skórą. A niebawem… niebawem już w trzecim trymestrze będzie go nawet widać. Ale póki co zostańmy przy drugim. To teraz, o ile do tej pory nie wykształcił się u kobiety instynkt macierzyński to właśnie teraz zacznie. Teraz właśnie zaczyna się dziać absolutna magia.



No to by było tyle tego póki co. Do poczytania w trymestrze trzecim :)



Ps. źródło obrazków demotywatory

czwartek, 28 lipca 2016

Jak to jest być w ciąży?

    Będąc mimowolnym świadkiem opinii mężczyzn na temat ciężarnych kobiet nasłuchałam się i naczytałam trochę. A to w pracy miałam okazję posłuchać jak faceci rozmawiają o swoich "brzuchatych" kobietach, a to na forum jakimś przeczytałam kilka mądrości życiowych. I doszłam do wniosku, że mężczyźni najzwyczajniej w świecie kobiet nie rozumieją, a ciężarnych to już całkiem. Nie chcę wszystkich wrzucać do jednego worka, bo sama jestem szczęśliwą żoną wyrozumiałego męża, ale nie każdy potrafi się wczuć w rolę brzemiennej kobiety i dla tych panów właśnie, którzy nie wiedzą, a zrozumieć choć trochę kobietę w stanie błogosławionym by chcieli kieruję ten list. Oczywiście kobiety też zapraszam do lektury, z czystej ciekawości, czy dla zabicia czasu.


Drogi mężczyzno,

Jak to jest być w ciąży? Nie wiesz? Oczywiście, że nie bo i skąd takie rzeczy miałbyś wiedzieć. Ja też nie wiem na ten przykład jak to jest być szczęśliwym posiadaczem tego co wam - panom dumnie dynda między nogami. No, ale nie nad tym się będę teraz zastanawiać, tylko nad tym, jak pomóc Wam zrozumieć choć odrobinę tę zwyczajnie cudowną sytuację, kiedy pod sercem kobiety rośnie nowe życie. Masz ciężarną kobietę? Masz teraz pakiet 2w1! Ale czad, nie?!

Ale właściwie jak to jest być w ciąży? Temat rzeka, ile ciężarnych tyle opinii. A opinie te mogą być równie opasłe co niejedna trylogia i z tego właśnie skromnego powodu ja teraz skupię się na pierwszym trymestrze, póki co.

Owy pierwszy trymestr ciąży jest najgorszy i uwaga panowie, jak na kobietę przystało, to samo usłyszycie później o następnych, To skoro już mamy jasność co  do tego, który z trzech trymestrów ciąży jest tym najcięższym i tym najbardziej "be" i "ani mi nie mów", to czas zdradzić zapewne dlaczego tak jest. 
Ano wyobraźcie sobie, że zaczynacie czuć różne zapachy, takie, na które dotąd nie zawracaliście uwagi. Niektóre kobiety w ciąży mają tak wyostrzony zmysł węchu, że potrafią poczuć nawet, że sąsiad z parteru właśnie wrócił z basenu, a jego żona hoduje na balkonie pomidory. To trochę tak jak posiadanie nadludzkich mocy, taka kobieca wersja supermena czy coś. Ale czad, nie? Otóż nie! Bo w filmach z supermenem nie pokazują scen, kiedy to rzeczony super-mięśniak przechodząc koło czyjegoś ogródka, czuje wyrzucone wczoraj resztki tatara i zaczyna rzygać jak kot w pobliskie krzaczory, po czym ucieka w popłochu zawstydzony. Nigdzie też nie ma wzmianki o tym, że będąc zaszczyconym pasażerem komunikacji miejskiej ma okazję wciągać nosem bardzo wyraźne czyjeś braki  w higienie osobistej, a tak przy okazji, czy wiedzieliście, że jak nie umyjecie zębów rano i będziecie oddychać przez nos, to i tak czuć odór na połowę autobusu? 


źródło
A skoro przy autobusach i innych aromatycznych cudach jesteśmy... Jak często widywać można osobę ustępującą miejsca kobiecie w pierwszym trymestrze  ciąży? Ja nigdy tego nie widziałam i się nie dziwię, bo przecież brzuszka jeszcze nie widać - przynajmniej nie ciążowego, a na czole kobiety przecież nie pojawia się magiczny napis "uwaga jestem w ciąży", a szkoda. Pozwoliłoby to uniknąć wielu nieprzyjemnych i niepotrzebnych sytuacji. Tak jak w mojej ukochanej komunikacji miejskiej, gdzie świeżo upieczona ciężarna zostanie obrzucona nieżyczliwymi co najmniej spojrzeniami, jeżeli raczy nie podskoczyć w trybie natychmiastowym z siedzenia na widok starszej pani, podczas gdy sama stara się jak może, żeby nie pokolorować siedzenia przed nią wraz z wystającą znad fotela głową na wszystkie kolory jej śniadania. 

źródło internet
 Może też wszystkie troski o zdrowie i podejrzenia bogate życie nocne przyszłej matki dałoby się zniwelować gdyby ciężarna chodziła w koszulce powiedzmy z napisem "jestem w ciąży, ciągle chce mi się spać, ale nie mogę pić kawy, więc przyzwyczaj się do moich worów pod oczami!", no w każdym razie coś w ten deseń. Bo wyobraźcie sobie, że wasza energia życiowa gdzieś ucieka  z waszego organizmu, albo, że nagle doba ma nie 24, a 12 godzin. Albo, że zasypiając na krótką drzemkę, budzicie się po dwóch godzinach nadal niewyspani ze świadomością, że wszystkie obowiązki, trzeba nadrobić do wieczora. Więc zmuszacie się do ruszenia czterech liter i robicie to co zrobić musicie. Wieczorem kładziecie się do łóżka o 22 w piątek po pracy, wstajecie w sobotę w miarę wypoczęci po ośmiu godzinach snu, patrzycie na zegarek i okazuje się, że jest 9 rano! No jak nic, trole domowe wzięły i przestawiły czas. I będą to złośliwce robić przez kolejne trzy miesiące!

źródło internet 
  Poranne mdłości! Chyba nikomu nie trzeba  tłumaczyć jak to jest przytulać sedes zwracając do niego zawartość żołądka.Przyjemności z tego żadnej, ani korzyści nawet krztyny, ani w ogóle nic pozytywnego. Nie dość, że czasem przez cały boży dzień muli cię coś w żołądku, gardło i mięśnie bolą od torsji to w dodatku ciągle z mdłościami czuć wilczy głód i już biedna kobiecina sama nie wie czy jest jej niedobrze, bo jest w ciąży, czy po prostu to już jest głód. Wyobraź sobie, że dzień w dzień żyjesz z kacem od samego rana,z tym tylko ubytkiem, że żadnej balangi i popijawy nie było - to dopiero niesprawiedliwe! Albo wyimaginuj sobie taką sytuację, że siedzisz sobie grzecznie przy stole z rana i zajadasz ulubione śniadanie, masz dwa kęsy do końca, chcesz przełknąć już to co przeżułeś właśnie i nagle staje Ci to w gardle jak wielka kluska i czujesz jak poprzednie kęsy podnoszą się do góry. Ale jak to, tak na raz Ci się zrobiło niedobrze? No! Tak to właśnie działa!  
Apetyt też płata figle. Podczas gdy jedna kobieta pochłania tony jedzenia i ciągle jest nienajedzona, to inna wręcz przeciwnie, a jeszcze kolejna będzie jadła i nie jadła na zmianę w zależności od humoru, pogody czy fazy księżyca,czy czego tam jeszcze. Nie dziw się więc, że raz twoja kobieta pożre Ci deser i zapije wodą z kwaśnej kapusty, a innym razem kiedy będziesz chciał być miły i kupisz jej ulubione ciastka, obrzuci Cię spojrzeniem, jakbyś chciał ją otruć. To normalne. Takie są uroki smaków w ciąży. Wygląda to mniej więcej tak, że dziś kochasz pomidory i nie potrafisz się bez nich obejść, ale już jutro, bądź za godzinę dajmy na to, te same pomidory smakują i pachną jak pożal się boże nawóz - i co? Zajadałbyś takie? No pewnie, że nie. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Jakoś to będzie...

 
  Ile razy moje uszy więdły od tych kilku prostych słów. Ile razy ogarniało mnie w związku z nimi niesamowite jakieś niedowierzanie. Ile razy krew w żyłach zaczynała jakoś tak dziwnie parzyć. "Jakoś to będzie..." rzucone w bezsilności i nie do końca świadomie działa na mnie jak płachta na byka. "Straciłam pracę, ale jeszcze mam poprzednią wypłatę, jakoś to będzie..." "Tonę w długach, ale kiedyś się z niech wykopię, jakoś to będzie..." "Jestem w ciąży z czwartym dzieckiem, tak na prawdę nie stać mnie nawet na dwójkę i nie mam czasu dla jednego, ale jakoś to będzie..." - słucham i nie wierzę czasem własnym uszom. Milion pytań się nasuwa na które nie ma odpowiedzi. I co dalej? Co teraz zrobisz? Słyszę tylko "nie wiem. jakoś to będzie". I teraz do mojej głowy wkrada się jedno absolutnie ważne pytanie: co ze mną jest nie tak? Dlaczego ja nie potrafię tak luźno i  beztrosko stwierdzić, dajmy na to: chcę mieć drugie dziecko, więc działajmy, jakoś to będzie... Lub, chcę na wakacje, mam pieniądze, w sumie to na coś innego, ale mam i chcę jechać, to jedźmy,potem się pomyśli, jakoś to będzie...Dlaczego ja jestem z tych powściągliwych co to muszą mieć wszystko zaplanowane i wybiegając w przyszłość widzą zagrożenia i miliard różnych opcji? Czasem ręce mi opadają kiedy słyszę niekiedy rażącą bezmyślność, ale czasem tej nieświadomości zazdroszczę. Bo w końcu jakoś zawsze jest jakoś. W sensie jakoś, ale jest.

Ps: a teraz przyznać się, kto kobietę zrozumiał?  

środa, 4 marca 2015

JA - Wielofunkcyjny "ludź" .

    Nie zdążyłam się pochwalić jeszcze, że od lutego jestem (w końcu) "ludziem" pracującym. Do pracy chodzę pieszo, obowiązki swoje wykonywać mam w cztery godziny, co robię z należytą starannością i skrupulatnością, choć praca moja do ciężkich, czy odpowiedzialnych nie należy. Bo jaką odpowiedzialnością obarczyć można by było cleanera sklepowego? W pracy całe cztery godziny chodzę, w większości żwawym tempem, co już się objawiło bólem w stopach i pupie (!?) jak również większym zapotrzebowaniem na jogę. Patrz! A myślałam sobie, że kondycję mam nieco lepszą...   Pieszo również wracam do domu i tak od czwartku do wtorku. Środy są za to zarezerwowane na kurs angielskiego oraz świetlicę dla Kuby i tak oto w środy jestem "ludziem" uczącym się. A nie! Muszę bezzwłocznie do koszmarnego kłamstwa się przyznać, bo przecież "ludziem" uczącym się jestem - kiedy tylko nadarzy się okazja, a z tą damą uroczą różnie bywa. Pojawia się Pani Okazja w każdą środę w porze drugiego śniadania, bo przecież kurs językowy to najlepsze miejsce dla niej. Pojawia kiedy wywołuje ją ze snu mój mąż kochany i zabiera Kubę na spacer, ale bywa bezlitośnie wypłoszona przez przeszywający krzyk Najmłodszego co zdarza się nienagminnie przyznać muszę, ale się zdarza. W ciągu dnia też czasem pojawi się i pozdrowi mnie przechodząc obok, łapię ją tedy za nogi i trzymam ile sił. I oczywiście w nocnych odmętach ciszy i spokoju też Okazja czeka, a kiedy już jest cała moja i do dyspozycji, to Pan Zmęczenie szepcze mi do uszu, że Okazję to on teraz na schadzkę porywa, mój umysł z trudem potrafi rozpoznać słowa. Tak więc dziś dałam za wygraną i zamiast kolejnego testu, czy wkuwania słówek, co z resztą i tak mi szło beznadziejnie, postanowiłam sklecić coś " po polskiemu" tu. A od jutra trzeba będzie od rana kontynuować bycie "ludziem" matkom, na co narzekać nie śmiem, a nawet zdradzić muszę, że pomimo iż ja pracuję tylko cztery godziny, a mąż mój na nocki zapier(yyy)nicza, to Kubą przez większość dnia zajmuje się właśnie on, bo mnie pochłaniają sprzątnie z gotowaniem i praniem - "ludź" gospodyni domowa. Ale za to ja się w magiczny sposób w większą dawkę cierpliwości i dystansu zaopatrzyłam, a czas z Kubą sam na sam jest jak miód na serce.
Pozdrawiamy Was wszystkich ludzi wielofunkcyjnych :)
Zdjęcie z początku Lutego, kiedy to przez cały jeden dzień zawitał do nas "śeg"- to po Kubusiowemu :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Sinobrody - Baśń dla dzieci?

 
  Wczoraj kładłam Kubunia spać przy czytanej bajeczce, zasnął w mgnieniu oka i  całe szczęście, bo wczoraj akurat czytałam mu bajkę pod tytułem "Sinobrody", której nie znałam aż do dnia przed dzisiejszym. Coś mnie zaniepokoiło w tej bajce, więc jak Kuba zasnął przeczytałam ją do końca sama dla siebie i się wściekłam trochę i zirytowałam i też zniesmaczyłam. Nie wiem czy to moje pojmowanie świata jest skrzywione, czy tylko ja mam wrażenie, że niektóre bajki powinny być pisane jako kryminały dla dorosłych, a nie jako bajki z morałem dla dzieci? No bo jak tak sobie pomyśleć chwilę, świat oburzają brutalne kreskówki, czy gry komputerowe, gdzie widać wyraźną przemoc, ale widać też superbohaterów i walkę między złem a dobrem, ale są to obrazy nadziane przemocą więc są złe, niedobre dla wrażliwych umysłów naszych latorośli. Ale, ale wróćmy do tematu naszej wczorajszej "dobranocki", bo czegoś tu nie rozumiem, dlaczego każda bajka animowana z bijatyką i walką na miecze jest złem absolutnym, a stara jak świat baśń o Sinobrodym spisana na kartkach papieru jest ciekawą bają z morałem dla dzieci? Tak dla wyklarowania dla tych, co tak ja do wczoraj nie spotkali się z tą baśnią, poniżej w skrócie spisałam tą "bajkę".

  Sinobrody był zamożnym szlachcicem, któremu wiele razy przyszło stawać na ślubnym kobiercu, ponieważ Jego i Jego żony prześladował pech, które to młodo i szybko umierały po ślubie. Sinobrody ożenił się kolejny raz z młodą i piękną kobietą lecz po pewnym czasie musiał wyruszyć w podróż, co oznajmił żonie wręczając jej klucze do komnat zamku, po których mogła oprowadzać swoich gości pod jego nieobecność, za wyjątkiem jednej jedynej komnaty otwieranej małym
złotym kluczem. Lecz ciekawość młodej żony popchnęła ją do tego by zajrzała za drzwi zakazanej komnaty, gdzie spotkał ją straszny widok zwłok poprzednich żon jej męża zamordowanych jego  
własnymi rękami. Przez tą ciekawość kobieta miała dołączyć do swych poprzedniczek, lecz zanim Sinobrody zdołał wykonać egzekucję został zamordowany przez braci jego żony, którzy akurat
przybyli w odwiedziny.
I kilka obrazków z książki w ramach dodatku, jakby wyobraźnia dziecka była niezbyt wybujała.
    Wiem, że moje dziecko jest jeszcze bardzo młodym chłopcem, ale to nie znaczy, że nic nie rozumie. Myślałam, że kupując zbiór baśni DLA DZIECI mogę ufać, że bajki tam zamieszczone, będą bajkami dla dzieci. A może to tylko ja histeryzuje niepotrzebnie i niesłusznie mnie ta sytuacja oburza? Ciekawa jestem Waszych opinii.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Like, like, you must like.


    Po prostu musisz polubić moją stronę, nie interesuje mnie, że ty prawie z fejsa nie korzystasz, musisz polubić bo ja tak chcę, bo tego wręcz wymagam od ciebie, bo jak nie polubisz to nie poczytasz. Bo jak ty nie polubisz to ja nie będę mieć milion lajków i świat się skończy.
Tak właśnie odbieram wszystkie pływające likeboxy. Jeszcze jak mam szansę przeglądać wasze blogi na kompie to jest pół biedy, wystarczy to cholerstwo wyłączyć i czytać dalej, choć zazwyczaj i tak już tracę ochotę do czytania, bo nienawidzę po prostu być do czegoś w ten sposób "nakłaniana". Ale jak mam do czynienia z wersją mobilną to mnie krew zalewa. Wchodzę sobie i czytam bardzo ciekawego posta i gdy jestem w połowie nagle obraz mi ciemnieje, po czym wyskakuje to fejsowe pudełko i krzyczy "polub mnie", no szlag mnie trafia tak, że nawet nie pamiętam o czym czytałam. No nic, próbuję dotknąć krzyżyk i zniknąć to z pola widzenia i co? I jajco. No to wychodzę i idę czytać innego bloga. Nie wiecie ile w ten sposób fajnych blogów muszę omijać, a szkoda. Czasem na kompie do nich wracam, ale wiadomo, że to nie to samo co przeglądanie na bieżąco. No to tyle wylewania żalów. Miłego dzionka.

sobota, 18 maja 2013

Lekarz, lekarzowi nie równy.

Notka sporych rozmiarów, ale mam co opisywać.

     Nie raz i nie dwa się skarżyłam na okropny ból podczas miesiączki. A ból był tylko jednym z wielu problemów i dolegliwości. Myślałam początkowo, że jako kobieta po porodzie po prostu już tak mam. Wszak każda z nas przeżywa te dni inaczej. I raczej nie mówimy otwarcie i bez  ogródek o szczegółach, zwłaszcza fizjologicznych towarzyszącym miesiączce. Skąd więc miałam wiedzieć, że to co się że mną działo to nie tylko zwykły ciężki okres? Ale ja wiedziałam. Po prostu czułam, że coś jest nie tak. Poszłam się poskarżyć do mojego ginekologa, bo do kogo innego miałabym iść.
Zatrzymajmy się chwilę przy tym lekarzu. Szanowany specjalista, do którego rzesza kobiet ustawia się w kolejce, dodajmy, że kolejka zawsze mierzy minimum dwie godziny czekania. Sam lekarz jest sympatycznym mężczyzną co i nie stroni od żartu. Przyjmuje w prywatnym gabinecie w dwóch miejscowościach w sumie cztery dni w tygodniu. Każda wizyta niezależnie od tego czy pacjentka przyszła na badanie, czy zinterpretować wyniki kosztuje stówkę plus ewentualna cytologia i usg piersi. A skoro pacjentki biją drzwiami i oknami, można bezpiecznie założyć, że doktor na brak pieniędzy nie narzeka. Co oczywiście widać również w gabinecie, a raczej w jego wystroju i wyposażeniu. Wiadomo, wygodnie, czysto i nowocześnie. Ale czy to czyni go dobrym lekarzem? Nie sądzę. Chodziłam do niego od najmłodszych lat. Nawet nie chcę liczyć jaki majątek założyłam na jego ręce, na które nota bene składam również zdrowie swoje i synka, bo nie trudno się domyślić, że lekarz ten prowadził moją ciążę. Ale ciąża się skończyła, a zaczęły się problemy. Z ufnością i przekonaniem, że mi pomoże zasiadłam na pięknym, wygodnym fotelu i zaczęłam opowiadać o tym jak przeżywam moje miesiączki.
Teraz uwaga! Ku przestrodze obnażę się przed Wami od pasa w dół i napiszę bez ogródek o tym wszystkim co mnie martwiło. Napiszę to, co mówiłam ginekologowi. Zaczynając od bólu. Cierpiałam już przed każdym okresem, ale nie na tyle mocno, by nie pomagała mi zwykła no-spa. Pierwszy dzień miesiączki wyglądał w miarę normalnie, nie licząc nieco większego bólu niż zwykle. Drugi i trzeci dzień też nie odstawały sporo od normy. Cyrk zaczynał się w dniach kolejnych. Po trzy, czterodniowym prawie normalnym okresie następowała przerwa na dzień lub dwa. Potem przez kolejne cztery dni krwawiłam jak zarzynana świnia. Czyli średnio co trzy, cztery godziny wylewała się ze mnie krew, której nie powstrzymała podpaska do spółki z tamponem. Nie wyglądała jak krew menstruacyjna, a jak krew po prostu, taka jaka leci z przeciętnego palca.  Nie pachniała (śmierdziała) jak krew menstruacyjna, a po prostu jak krew, metalicznie. A krew to nie wszystko, co wydalałam  Były jeszcze skrzepy jak i kawałki tkanki wielkości dziecięcej pięści. Każdemu takiemu "wypróżnieniu" towarzyszył ból i skurcze macicy takie, jak przy porodzie. Między nimi też bolało, ale znośnie. Że nie wspomnę o tym, że z utraty takiej ilości krwi już kręciło mi się w głowie, miałam nudności i byłam strasznie osłabiona. Towarzyszyły mi również uczucie gniecenia i ciężkości macicy, a czasem miałam takie wrażenie, jakby ktoś mściwy zaszył mi w brzuchu żarzące się brykiety.  Bywały momenty, kiedy poważnie zastanawiałam się nad wezwaniem karetki, bo byłam przekonana, że jakimś cudem mimo kilku negatywnych testów jestem w ciąży i właśnie ronię. Ale ból w końcu przechodził, przechodziły również krwawienia i inne dolegliwości.
Po kilku takich miesiączkach i epizodzie z krwiomoczem wybrałam się do lekarza. Zwierzyłam mu się tak jak Wam teraz nie starając się nawet ukryć emocji. A lekarz - ten, do którego chodziłam od lat, który zna mnie po imieniu i jest szanowanym specjalistą patrzył na mnie z niedowierzaniem, zaprosił do badania i usg. Poprosiłam o cytologię, bo sam jej nie zaproponował. Na podstawie usg stwierdził, że wszystko w porządku i wizyta dobiegała końca. Zapytałam co z tymi miesiączkami, a w odpowiedzi usłyszałam, że może mi przepisać pigułki antykoncepcyjne i ból powinien nieco zelżeć. Koniec wizyty. Wyszłam zdziwiona i zawiedziona, bo poczułam się niesamowicie zignorowana. Ale mimo wszystko ufałam swojemu lekarzowi i stwierdziłam, że poczekam do następnego okresu. Jednak ten się nie pojawiał. Cykle zawsze miałam długie, około czterdziestodniowe, ale minęło sporo czasu, a miesiączki nie było. Cóż mi pozostało jak nie obrać kierunek na lekarza ginekologa. Umówiłam się na wizytę, ale tym razem do innego lekarza, a właściwie lekarki. Poleciła mi ją An, tak się złożyło, że była akurat w Polsce na roczku Kubusia i też była umówiona do swojej pani ginekolog. Już miałam przełożyć wizytę, bo po trzech miesiącach wreszcie dostałam okres, dodam, że również paskudny. Ale An przekonała mnie, że powinnam pójść nawet podczas okresu, a w sumie to nawet dla lekarki lepiej. Poszłyśmy razem.
 Między ginekologiem, do którego chodziłam do tej pory, a lekarką do której przyprowadziła mnie An  była przepaść. Wystrój i wyposażenie gabinetu, system rejestracji i pani ją obsługuje sprawiają wrażenie zawieszonych w czasie PRL-u, ale czy to czyni ją złym lekarzem? A żeby odpicować sobie gabinet trzeba mieć na to fundusze, a pani doktor bierze 70 polskich złotych za badanie, 50 za usg, które wykonuje jej syn, również ginekolog i tu trzeba wtrącić, że mamy w ten sposób opinię dwóch lekarzy, a za konsultację, wypisanie recepty, lub omówienie wyników nie bierze nic. Sama pani ginekolog jest również przesympatyczną dość wiekową kobietą. Na dzień dobry zostałam poproszona o rozebranie się do pasa i położenie się na leżance w celu przebadania piersi. Potem wywiad, w którym cofnęłam się, aż do czasów pierwszej miesiączki. I w końcu przeszłyśmy do problemu, z którym przyszłam. Zostałam wysłuchana i wypytana o szczegóły. Opowiedziałam moją historię mniej więcej tak, jak zrobiłam to przy pierwszym lekarzu i znowu spotkałam się z niedowierzaniem. Pani doktor nie mogła pojąć, dlaczego nie udzielono mi pomocy. Po długiej rozmowie zostałam przebadana na tym "odjazdowym" fotelu, wiadomo którym. Badanie za pomocą rąk i wziernika. Muszę przyznać, że mimo tego, że byłam w trakcie okresu, badanie nie przysporzyło mi więcej bólu niż było trzeba. A trzeba było trochę pougniatać tu i ówdzie,żeby wiedzieć gdzie boli. Lekarka stwierdziła powiększoną macicę, przepisała antybiotyki, witaminę B complex na poprawę jakości krwi i lek o działaniu rozkurczowym. To działanie na chwilę, ale doktorka stwierdziła, że przecież nie muszę tak cierpieć przez ten okres do momentu postawienia diagnozy. Umówiłam się na usg za dwa dni. Wynik: przerost endometrium (błony śluzowej macicy)  i nielinijne coś tam, generalnie chodziło o to, że powierzchnia błony nie była gładka. Dostałam skierowanie do szpitala na wyłyżeczkowanie macicy i badanie histopatologiczne. Po miesiącu odebrałam wyniki: Rozrost polipowaty endometrium. Przewlekłe zapalenie endometrium z ogniskami martwicy. Co do rozrostu. Najprawdopodobniej odpowiada za to źle dobrana antykoncepcja - przez lata brałam microgynon, który jak dla mnie ma za dużą dawkę hormonów. Wcześniejsze zdanie również ku przestrodze.
Jak na ironię, dziś się leczę pigułkami antykoncepcyjnymi. Ale tym razem są bezpieczniejsze, takie dla matek karmiących. Kontrola za jakieś pięć miesięcy.





poniedziałek, 21 stycznia 2013

Przewijanie pieluch od strony praktycznej.

    Jest coś, czego przy dziecku robić nie znosicie? Na pewno każda mama ma koło mnóstwo przykładów.
Ale do rzeczy, to czego ja nienawidzę wręcz robić przy dziecku to zwykła i niestety konieczna czynność pod tytułem przewinięcie pieluchy. Zdziwione? 
Jak Mały był jeszcze rzeczywiście mały, nie większy od dobrego worka kartofli, czy innych ziemniaków to sprawa wyglądała jeszcze nie tak nerwowo. Brało się obesrańca na tak zwany przewijak i zwyczajnie ściągało się upaskudzoną pieluchę, delikatnie i ostrożnie, co by jajeczku nóżek przypadkiem nie powybijać. Po czym zakładało się świeżą po uprzednim wyczyszczeniu i wymazaniu odpowiednim specyfikiem tyłka. Trzeba było tylko przecierpieć smród i ewentualność posiadania kleksów z zawartości pampersa na ciele i garderobie własnej i osób otaczających przewijającego. Ot zwykła zmiana pieluchy przyjemna i radosna jak w tv...
Kilka miesięcy później, dzieciak starszy nieco, gabarytem i ruchliwością już nie przypomina nawet tego jajeczka, co to takie delikatne ze szpitala zostało wyniesione i  tu sprawa zmiany pieluchy ma się następująco. Nadal ryzykujemy, że zostaniemy naznaczeni przez wierciucha kupką. Nadal nasze nozdrza cierpią, z tą różnicą, że wachlarz aromatyczny wydobywający się z nieszczęsnego okołopupowego zbieracza  siuśków i tych twardszych jest bogatszy. Do tego jest możliwość, że delikwent zwieje nam z miejsca przewijania (bo przewijak już dawno stał się miejscem nieodpowiednim) zanim zdążymy dupkę umyć i nasmarować tudzież posypać odpowiednim specyfikiem.