Są dni, kiedy mówię dość. Wykrzykuję, że się nie zgadzam. Próbuję tłumaczyć, że takie czy inne postępowanie mnie boli, uraża, po prostu krzywdzi. Lub krzywdzi kogoś, czyjeś uczucia czy przyszłość. Jestem długo cierpliwa i wyrozumiała. Czasem aż nadto wyrozumiała. Staram się osiągnąć cel prośbą i odwołaniem do zdrowego rozsądku. Zawsze staram się przytoczyć logiczne i słuszne argumenty. Zazwyczaj dbam przede wszystkim o czyjeś dobro. Bo nawet jak próbuję załatwić sprawę, która dotyczy wyłącznie mojego samopoczucia, to z myślą o tym, że przez mojego doła cierpię nie tylko ja. Jestem otwarta na kompromisy i do znudzenia asertywna. Daję szansę drugą i trzecią i piątą i kolejną. Chciałabym umieć dawać ich mniej. Staram się wszystko obrać w odpowiednie słowa i w miarę najłagodniej powiedzieć co mnie boli. Ale to nie skutkuje, sięgam więc po stary dobry szantaż. Bo jak nie prośbą, to groźbą, prawda? Nie prawda. To też nie przynosi pożądanego efektu. Bo efekt chwilowy to nie ten pożądany. Są dni, kiedy mówię dość, położę temu kres, będę walczyć o moje racje. Nastaje burza i wygrywam... Bitwę o spokój ducha na tydzień. A potem? Potem rządzi stary porządek, mądrzejszy o kolejne taktyki maskowania, bądź ignorowania swoich grzeszków. A rozmówca zapytany wprost o daną sprawę zręcznie zmieni temat, albo skłamie w żywe oczy, z perfidną pewnością siebie. Cóż mi innego zostaje, jak nie urządzenie piekła? Nieważne. Co bym nie zrobiła, jak bym nie prosiła, jak bym nie biegała i się odgrażała. Nigdy nie wygram wojny, bo to jak walka z wiatrakami.
Tylko co mi po tej świadomości, skoro z pewnymi rzeczami pogodzić się nie mogę? Nie rzucę się pod pociąg z powodu uwierającego kamienia w bucie. Kamienia się nie pozbędę bo gdy tylko go wyrzucę, to but zabiera nowego, a buta wyrzucać nie chcę. Pozostaje mi iść wzdłuż szyn poboczem, zaciskając zęby za każdym razem gdy kamyk w piętę kole.
Są dni, że mówię dość. Poddaję się. Będę szła i wyła z bólu gdy kamyk w bucie porani mi stopę, a jak będę miała dość to sobie usiądę i popłaczę sobie troszkę nie zważając na to czy mój dół smuci tylko mnie.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Walka z wiatrakami.
sobota, 20 kwietnia 2013
Zakupowe szaleństwo.
Jak wiecie kilka dni temu Bubuś miał swoje pierwsze urodzinki, dmuchał świeczunię na torcie i wcinał go potem łapkami umorusany cały. W prezencie dostał kartki z kasiorą, więc pojechaliśmy dzisiaj część z niej spożytkować. Swoją drogą, tak sobie myślę... Co te dziecko będzie miało z tych urodzin, jak będzie dostawało tylko pieniądze zamiast zabawek? Przecież dzieci kasa w ogóle nie obchodzi. Ale znalazła już brutalne rozwiązanie tej kwestii, po prostu będziemy gotówkę zbierać przed imprezą żebyśmy zdążyli zapakować małemu prezenty wcześniej, by Jego urodziny były przede wszystkim frajdą dla niego. Bo z drugiej strony cieszę się, że to my możemy decydować (jeszcze) o tym co dla niego wybierzemy, w końcu znamy go najlepiej. Wracając do tematu. Malutki wyszedł, a właściwie wyjechał ze sklepu bogatszy o kilka fajnych zabawek. Może potem pochwalę się zdjęciami. A może nawet pokuszę się o recenzję, jeżeli będą tego warte.
czwartek, 18 kwietnia 2013
Już jestem w domu obolała, zmęczona, padnięta, marudna i głodna. Pierwszy raz byłam w tak czystym i bezwonnym szpitalu. Ale w końcu jest dopiero rok po remoncie, więc nie ma prawa być odrapany. Pielęgniarki nawet uprzejme, ordynator osobliwy. I kilka sporych minusów. A jakże. Oddział po renowacji, jasny i ładny, ale nie uświadczysz tam ani papieru toaletowego, ani mydła. Ale to mnie wcale nie zdziwiło, w przeciwieństwie do mojej własnej naiwności, bo jakby się nad tym chwilę zastanowić, to mogłam się tego spodziewać. Drugi minus już mi o wiele bardziej przeszkadzał. Personel kompletnie nie zwraca uwagi na intymność pacjentek, a na ginekologii o to akurat zadbać by mogli. Nie wspominając już o okresie oczekiwania... Nic. Ważne, że mam już wszystko za sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)