niedziela, 19 stycznia 2014

Chwilowe przenosiny.

    Dziś przenosimy się na tydzień do mojego rodzinnego mieszkania, do taty i brata. Mamy nie będzę przez tydzień, a skoro tata chodzi do pracy a brat ma ferie to ktoś musi się nimi zająć, ugotować, posprzątać, bratu zorganizować czas, żeby nie siedział całymi dniami przed kompem. Mężu ma nocną zmianę, więc tym lepiej dla niego, bo tam mamy do dyspozycji trzy pokoje, a co za tym idzie, mąż ma większe szanse na nieco spokojniejszy sen. Tak więc, na chwilę zastąpię mamę w jej domu, a ona w tym czasie będzie dochodzić do siebie po operacji na oddziale ginekologicznym w Katowicach, tam gdzie i ja leżałam niecały rok temu przy okazji abrazji macicy. Jeżeli kogoś interesuje jak ja tam wylądowałam, to odsyłam do starszego posta <<<<<<TU>>>>>>>. A niebawem napiszę tej notki część drugą, bo tak się składa, że moja mam "leczyła" się u tego samego "lekarza" co ja i jak na tym wyszła? Mam nadzieję, że tak samo jak ja, czyli przejdzie niezbędną operację i potem już wszystko będzie tylko dobrze.

piątek, 17 stycznia 2014

Mały artysta.

    Dziś dla odmiany od nudnych i przereklamowanych już kredek ołówkowych, pokazałam Bubusiowi co to są farbki i jak się maluje pędzelkiem. Muszę przyznać, że bardzo się to malowanie spodobało, ku mej osobistej uciesze. Zbliża się dzień babci i dziadka więc coś by się przydało zmajstrować :)

A teraz mała galeria:
mazu, mazu po karteczce

a co to? i co z tym teraz robimy?

acha! odbijamy na kartce, fajnie!

i kredki też się pokazały, ale świecowe.

Kiedy aniołkowi wyrastają rogi.

    Drugie urodziny Bubusia zbliżają się nieubłaganie, przyznam się bez bicia i gróźb, że obawiam się tego wieku, wiecie to trudny okres, dziecko odkrywa emocje, podkreśla własne ja i zazwyczaj pojawia się też bunt dwulatka, o zgrozo. I u nas już pojawiają się zapowiedzi tego okresu. Mój maleńki synek, moja kruszynka bezbronna i niewinna zmienia się momentami w manipulatora emocjonalnego, frustrata z maniactwem: jak nie cisnę czegoś o podłogę, to wybuchnę jak butelka szampana, trzymana za długo w zamrażalce i w przekornego uparciucha, który postanowił tak bo tak i nie inaczej, koniec kropka. Dostaje ten nasz aniołek czasem różek. Już nie jest tak skory do pomocy jak jeszcze kilka tygodni temu, nie zawsze zbiera zabawki, niezbyt chętnie coś poda, czy przyniesie. Żeby nie szukać daleko, proszę bardzo przykład świeży prosto z popołudnia: Kuba się zezłościł, nawet już nie wiem z jakiego powodu, chwycił co miał pod ręką, dziś była to plastikowa miska z chrupkami kukurydzianymi w środku i cisnął z całej siły o podłogę, nie oszczędzając przy tym gardła. Najwyraźniej ten manifest niezadowolenia mu pomógł, bo Mały się od razu uspokoił, nie na długo niestety, bo do momentu, kiedy to poprosiłam, żeby pozbierał chrupki z podłogi. I zanim zdążyłam dokończyć zdanie, już był sprzeciw, krzyk i przesadzona rozpacz. Celowo napisałam przesadzona, bo szlochanie i chlipanie cichło na czas rozglądnięcia się i zorientowania czy nadal Jego Wysokość Histerię ignoruję, czy może już idę go pocieszyć. Ja prosiłam, on protestował, ja prosiłam stanowczo, on stanowczo protestował i tak w kółko przez pół godziny. W końcu ktoś ulec musiał, tym razem był to Bubuś, pozbierał chrupki z moją pomocą, przytulił się, dał buziaka i zaprowadził mnie do swojego królestwa, dając mi do zrozumienia, że skoro zrobił w końcu to o co go poprosiłam, teraz ja mam spełnić jego prośbę i się z nim bawić. I tak też było, układaliśmy klocki, graliśmy na organkach, bawiliśmy się w koło młyńskie, a potem poszliśmy na spacer. I praktycznie do końca już dnia był grzeczny i uśmiechnięty, a ja razem z nim, nawet dostał nową zabawkę, ale o tym innym razem.

Przy zabawie klockami.