Idą ulicą, wracając z zakupów. Kobieta w średnim wieku, córka lat... może dwadzieścia i syn córki kilkuletni. Idą i przykuwają oczy przechodniów - ci patrzą, słyszą i nie dowierzają. Córka tupiąc idzie przodem, płacząc, krzyczy, krzycząc płacze. Histeryzuje. Że dziecko ma niegrzeczne, że zlać na ulicy nie może, bo jej mama nie pozwoli, że jej dziecko ma ją w dupie. Kobieta w średnim wieku - mama - tłumaczy. Że nie tędy droga, że dziecko się wychowuje, że to nie zabawka, że to i tamto. Pół drogi tak szli, córka krzycząc, matka tłumacząc. Wtem odezwał się syn córki: - mamusiu ne deneruj sie, plose. Bez skutku niestety. Dochodząc do bloku, syn córki znowu zabrał głos:
- mamusiu, weź mie za rącke
- nie
- plose (żałosnym głosem)
- nie mam rąk, nie widzisz, noszę te cholerne zakupy.
- ale plose, baldzo plose
- nie i koniec - córka, która jest równocześnie mamą wywrzeszczała ostatecznie.
Na to syn córki zalał się łzami, nie żałował, przy tym gardła. Chyba wystraszył się krzyku mamy. Ale cel osiągnął. Mama za rącke wzięła, i poszli do domu.
Syn córki się nauczył, że na mamę działa nie prośba, lecz płacz. A córka nadal się dziwi, że dziecko ma niegrzeczne. Tym czasem kobieta w średnim wieku - mama - babcia, załamuje ręce. A ja się pytam kto tu jest niegrzecznym dzieckiem?