![]() |
źródło internet |
piątek, 29 listopada 2013
Ulubiona bajka Kubunia
środa, 27 listopada 2013
Piechotą znane szlaki przedzierać.
Wyszłam z Kubusiem wczoraj do apteki na piechotkę, tak żeby sobie pochodził, pooddychał powietrzem i zmęczył przy okazji. Do celu dotarliśmy w dość szybkim tempie, co prawda nadrobiliśmy drogi, ale za to Busiu szybciutko przebierał nóżkami. A że planowałam dłuższy spacer, stwierdziłam, że teraz dla odmiany pójdziemy tam, gdzie synuś będzie chciał. I poszliśmy, Kuba przodem uradowany, że nigdzie go nie nawracam, a ja pół kroczku za nim bacząc tylko, ażeby nie wybrał ulicy zamiast chodnika, nie podlatywał do piesków itd. Szliśmy i szliśmy, aż zaszliśmy do... a no zaszliśmy do babci. Wyobrażacie sobie jakie było moje zdziwienie? Dziecko w wieku rok i pół zna drogę do babci. A może nie zna, tylko szedł na pamięć? A może tam trafił przypadkiem? I tą teorię muszę an wstępie odrzucić, bo Mały szedł dokładnie tą drogą, jaką idziemy zawsze razem do babci, więc musiał ją po prostu zapamiętać. Żeby było śmieszniej, dokładnie wiedział gdzie idzie, bo kiedy tylko zobaczył blok w którym babcia mieszka zaczął ją wołać, a tuż przy klatce już marsz porzucił na rzecz biegu. Biegł i wołał: "a baba!", podbiegł pod okno, podsadzony zadzwonił na domofon i wołał i czekał i nikt się nie odzywał, poszedł pod garaż, ale i tam nikogo nie znalazł, chodził dookoła bloku i wołał babcię i szukał, na próżno. Kiedy się okazało, że babci w domu nie ma i trzeba wracać do domu... Jakaż to była tragedia. Usiadł na schodku i odmówił współpracy. Kiedy go podniosłam, położył się na chodniku, oczywiście cały czas płacząc, aż mi go żal było. Skończyło się na tym, że go wyniosłam na rękach i kiedy okna babci zniknęły za zakrętem Bubuś był gotowy, by dalej iść sam. Szedł popłakując i wycierając oczka. Strasznie był rozżalony. Ale za to dziś idziemy do babci, tylko tym razem zapowiedzieliśmy wizytę.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Przemyślenia i spacer przy pierwszym śniegu.
![]() |
Tak się synuś zmęczył :) |
Dziś spadły u nas pierwsze płatki śniegu, w powietrzu było czuć mróz, pod nogami wilgoć, a przed oczami jeszcze malownicze liście w swym balecie żegnały się z gałęziami drzew. Wybraliśmy się z Kubusiem na krótki spacer piechotą do sklepu i z powrotem. Mały był wielce zdziwiony przy każdym spotkaniu jego rączek z podłożem i z zapytaniem w oczach obserwował białe, zimne pozostałości po upadku na swych paluszkach, oczywiście jak na czyściocha przystało, za każdym razem leciał do mnie z wyciągniętymi rękoma, ażebym mu je wytarła. Uradowany był ze spaceru co nie miara, bo jeszcze (chyba) na ostatni dzwonek udało mu się skorzystać z huśtawki. Ja zadowolona byłam nieco mniej, bo wyskok na zakupy, który zwykle zajmuje nam jakieś 40 minut dziś udało nam się wydłużyć do ponad dwóch godzin, ale nie mogłam mu odmówić dłużej drogi widząc tą promieniejącą buziuchnę.
![]() |
Huśtu! |
A tak trochę z innej beczki. Widząc pierwsze oznaki zimy za oknem i czując na twarzy powiew orzeźwiającego przymrozku zaczęłam myśleć już o przygotowywaniach do świąt i mam głęboką nadzieję, że w tym roku uda mi się stworzyć w mieszkaniu bajeczną atmosferę i zdążę na czas z ozdobami co z resztą obiecuję sobie już długo, pomysłów mam sto na minutę, a obrazki wokół mnie i na ekranie laptopa tylko dodają mi inspiracji więc wróżę sobie sukces. Ambicje są, teraz tylko jeszcze kopniak w tyłek i brać się do roboty.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Stare nowe spanie
![]() |
Tak słodko sobie spam |
poniedziałek, 11 listopada 2013
Uwaga mam zęby i nie zawaham się ich użyć...
Pomyślał pewnego dnia Bąbel o paszczy pełnej małych, ostrych i bielutkich mleczaków. I jak pomyślał tak zrobił. Otworzył buziola szeroko i zatopił kły. I w ten prosty sposób mama dziś wygląda jak żywy, chodzący przykład przemocy w rodzinie - gdzie nie spojrzysz, zobaczysz gąszcz różnobarwnych sińców. A dodam, że Synuś ma czym gryźć bo tak się składa, że jest szczęśliwym posiadaczem wszystkich par ząbków do piątek włącznie, więc i ślady po nich bywają, że tak ujmę kolokwialnie konkretne. Ale nie siniaki owe są problemem, tylko sposób powstrzymania gryzonia od tej jakże skutecznej i odruchowej czynności. Napiszę więc przetestowane przez nas sposoby i ich skutki, może komuś się przydadzą moje skromne spostrzeżenia.
Ja jestem obiektem gryzionym najczęściej i trochę czasu mi zajęło zanim udało mi się przeczuwać ten moment, kiedy to za chwilę nabawię się kolejnego sińca do kolekcji i najzwyczajniej w świecie mówię wtedy do Kubusia "nie gryź". I... wierzcie, lub nie, ale najczęściej tyle wystarczy, by Mały zamiast zatopić kły, przyssał się do mojej ręki i odczepił z imponującym cmoknięciem. A jak mnie nie posłucha i jednak nie opanuje tej niebywałej pokusy, to przyciskam jego głowę do ręki, delikatnie, choć stanowczo. Wtedy ugryźć mnie nie zdoła, a i jemu żadna krzywda się nie dzieje, potem pogadanka, że tak nie wolno, i że to boli, Bubuś rekompensuje się dmuchając i dając buziaka i można bawić się dalej. "Nie gryź" skutkuje coraz sprawniej i coraz częściej, co mnie i nie tylko mnie niezmiernie cieszy.
Męża mojego, a swojego tatę mały gryzoń obdarowuje tą wątpliwą przyjemnością posiadania śladów swego uzębienia znacznie rzadziej niż mnie, co jednak nie zmienia faktu, że i na niego potrafi rzucić się z kłami. A moja brzydsza połowa, jako osobnik niezwykle impulsywny i porywczy najpierw robi co mu myśli do głowy naniosą, a potem myśli o konsekwencjach. Tak więc na ugryzienie przez syna zareagował odruchowo i ugryzł go też. Nie, nie mocno, nie tak by zostawić ślad, ale tak by Mały się przekonał, że być pogryzionym to wcale nie jest taka fajna sprawa. Zdarzyło się to kilka razy zaledwie, a już zaowocowało niepokojącym dowodem na to, że metoda ta wcale dobra w skutkach nie jest. Otóż synuś odebrał to jako karę, a nie pouczenie i w efekcie, gdy się zapomni i ugryzie tatę wkłada paluszki, bądź przedramię do buziola, po czym zaciska szczękę sam siebie gryząc, a nie o to nam przecież chodzi.
Ja jestem obiektem gryzionym najczęściej i trochę czasu mi zajęło zanim udało mi się przeczuwać ten moment, kiedy to za chwilę nabawię się kolejnego sińca do kolekcji i najzwyczajniej w świecie mówię wtedy do Kubusia "nie gryź". I... wierzcie, lub nie, ale najczęściej tyle wystarczy, by Mały zamiast zatopić kły, przyssał się do mojej ręki i odczepił z imponującym cmoknięciem. A jak mnie nie posłucha i jednak nie opanuje tej niebywałej pokusy, to przyciskam jego głowę do ręki, delikatnie, choć stanowczo. Wtedy ugryźć mnie nie zdoła, a i jemu żadna krzywda się nie dzieje, potem pogadanka, że tak nie wolno, i że to boli, Bubuś rekompensuje się dmuchając i dając buziaka i można bawić się dalej. "Nie gryź" skutkuje coraz sprawniej i coraz częściej, co mnie i nie tylko mnie niezmiernie cieszy.
Męża mojego, a swojego tatę mały gryzoń obdarowuje tą wątpliwą przyjemnością posiadania śladów swego uzębienia znacznie rzadziej niż mnie, co jednak nie zmienia faktu, że i na niego potrafi rzucić się z kłami. A moja brzydsza połowa, jako osobnik niezwykle impulsywny i porywczy najpierw robi co mu myśli do głowy naniosą, a potem myśli o konsekwencjach. Tak więc na ugryzienie przez syna zareagował odruchowo i ugryzł go też. Nie, nie mocno, nie tak by zostawić ślad, ale tak by Mały się przekonał, że być pogryzionym to wcale nie jest taka fajna sprawa. Zdarzyło się to kilka razy zaledwie, a już zaowocowało niepokojącym dowodem na to, że metoda ta wcale dobra w skutkach nie jest. Otóż synuś odebrał to jako karę, a nie pouczenie i w efekcie, gdy się zapomni i ugryzie tatę wkłada paluszki, bądź przedramię do buziola, po czym zaciska szczękę sam siebie gryząc, a nie o to nam przecież chodzi.
czwartek, 7 listopada 2013
Bubusiowe aktualności.
Kubuś ma już półtora roku i już bardzo dużo potrafi. Coraz lepiej operuje łyżką i widelcem, uczy się zawzięcie pić z kubeczka. Oczywiście nie obejdzie się bez rozlewu (nie, nie krwi) herbaty i upapranej podłogi, ale to nic bo przecież to się posprząta, a Bubuś chętnie mi w tym pomaga jak może. A jak już przy porządkach jesteśmy to pozwolę sobie powiedzieć jeszcze, że rośnie mi mały pedancik. Jak tylko Malutki zje to bierze od razu talerzyk i wynosi do kuchni, jak ja zjem to też wynosi, bywa, że nie pozwoli mi dopić herbaty bo pusty talerzyk od razu ląduje w zlewie. Jak porozlewa coś przy jedzeniu (i nie tylko przy jedzeniu) biegnie jak poparzony po ścierkę i w te pędy sprząta po sobie, jak nakruszy to znowu leci po miotełkę i próbuje zamiatać, a po zabawie nawet pozbiera trochę klocków do skrzyni. Za to rano jak tylko postawimy stopę na podłodze Mały bierze się za ściąganie pościeli i poduszek pomagając przy ścieleniu łóżka, potem obowiązkowo w ruch musi iść miotła. No i to tyle w kwestii sprzątania. Prócz tego dzielnie uczy się mówić, próbuje pow tarzać proste słowa i ku naszej niezmiernej radości stara się komunikować nie tylko krzykiem i piskiem. W sprawach nocnikowych tez mu idzie coraz lepiej, pomalutku, ale do przodu. Zadziwia mnie niemal każdego dnia jakim małym nowym sukcesem, aż serce rośnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)