niedziela, 12 maja 2013

Akcja rzucanie palenia.

    O tym jak mnie się udało rzucić palenie już jakiś czas temu wspomniałam. Teraz czas na mężusia. Od lat podejmował próby rzucenie z tym wstrętnym nałogiem za pomocą różnych tabletek, plastrów i gum. Wszystko było dobre na chwilę. Tym razem zainwestowaliśmy w papierosa,  konkretnie w epapierosa. Mam nadzieję, że to pomoże, bo jak już to nie pomoże to więcej już nic kupować nie będę. A jak mój ślubny teraz wróci do palenia, a kiedyś sam będzie chciał rzucił to będzie zdany na własną silną wolę i tylko na nią. Teraz wiadomo wola też jest, ale nie samotna. No nic, trzymać kciuki proszę. O postępach będę informować na fb i g+, więc ciekawych zapraszam tam właśnie.

czwartek, 9 maja 2013

Maminsynek


   Tytułowy maminsynek to ostatnia ksywa Kubusia, który wszędzie chce chodzić i wszystko chce robić z mamusią, ewentualnie z tatusiem. Mały spryciula chwyta mnie za palec i prowadzi tam, gdzie tylko ma ochotę akurat pójść. A to do drzwi podprowadzi kogoś, by mu otworzyć, bo sam klamki jeszcze nie dosięga. A to zaciągnie mnie do klocków, no bo samemu zabawa jest taka nudna i nieatrakcyjna, a najlepszym kompanem zabaw jest przecież nie kto inny jak właśnie mama. Oprócz tego zawsze i wszędzie chce być tam gdzie ja i najlepiej na rękach, nie ważne czy akurat się wybrałam do pokoju, łazienki, czy kuchni synuś zawsze podrepta za mną i wyciąga rączki. No nie zawsze, muszę zdradzić, że przegrywam z otwartym balkonem, a drzwi wejściowe to absolutny wabik na tego brzdąca, choć coś tak czuje, że nie tylko na tego jednego dziecia dźwięk otwierających się magicznie wrót, prowadzących do "papa" daje podobny efekt co dzwonek na przerwę w szkole podstawowej. Poza tym, że Bubuś coraz mocniej trzyma się przysłowiowej maminej spódnicy, nauczył się i szlifuje kilka nowych umiejętności. Zaczynając od tego, że coraz lepiej "tańczy" w rytm utworów psy. Odkąd nauczył się stać to już bujał kolanami, dziś do tego macha rękami, tupie nogami i okręca się wokół siebie klaszcząc jednocześnie, zawsze świetnie się bawię jak oglądam mojego małego tancerza. Uczy się też jeść łyżeczką i widelcem, co prawda narazie jest to bardziej zabawa niż nauka, ale przecież zabawa to najlepszą forma nauki, próbuje też pić z kubeczka. Wie co to znaczy podaj, proszę, am, papa, choć, gdzie jest np zosia- to książeczka Kubusia i bardzo stara się nie rozumieć słów nie i nie wolno. Przybija piąteczkę z wielkim uśmiechem na twarzy, bawi się w chowanego i kuku. Świetnie posługuje się paluszkami chwytając małe przedmioty czy cząstki jedzenia, nawet suche płatki kukurydziane to nie problem, potrafi też pokazywać paluszkiem. A kiedy akurat jego buzia nie jest zajęta jedzeniem to i tak się nie zamyka szalejąc w wiecznym paplaniu i piszczeniu.
Nazbierało się tego troszeczkę, prawdę mówiąc nasz synek zadziwia mnie niemal codziennie jakąś nową umiejętnością większą, bądź mniejszą. Dziś na przykład (na dobra umiejętnością tego nazwać nijak się da, ale niech będzie), odkryłam najprawdopodobniej powód ciągłej chęci noszenia się na rękach i popłakiwania. Myślałam, że boli go brzuszek bo nawet luźna kupka się pojawiła. Atu proszę! Niespodzianka! To nie brzuszek, to zębiska! Obie górne czwóreczki już się przebły, dolne już czekają w kolejce opuchnięte.

wtorek, 7 maja 2013

Wróciliśmy!

    Z majówki oczywiście wróciliśmy. W końcu mieliśmy okazję odwiedzić rodzinę w Bielsku-Białej. Kubuś poznał swojego kuzyna starszego o trzy miesiące, Brat narozrabiał z drugim kuzynem, a my porozmawialiśmy spokojnie, wypiliśmy co nieco i zwiedziliśmy dom, który kuzyn świeżo postawił w jednej z malowniczych wsi otoczonej górskimi widokami. Dom w porównaniu do naszej kawalerki to gigant, pięknie urządzony i czysty tak, że można by było z ziemi jeść. Kuzynce chętnie przyznałabym koronę Perfekcyjnej Pani Domu. Na prawdę podziwiam tę kobietę. Pracuje na dwie zmiany, ma dwójkę dzieci w tym jedno w wieku szkolnym, drugie rok z hakiem, a ogarnia sprzątanie dużego domu, pranie, prasowanie i gotowanie. Da się? Myślałam, że nie, a jednak poznałam żywy przykład. Kuzyn też wykazał się zaradnością, bo postawił dom praktycznie wyłącznie swoimi rękami. Nie mówię, że sam lepił sobie pustaki na mury, ale wykończeniówka to już zupełnie jego dzieło. Lubię ich odwiedzać bo atmosfera i zabawa jest przednia, ale też ze względu na widoki i powietrze. To rejon niedaleko położony od nas, a różnica ogromna. Niestety pogoda nam nie dopisała i nie za dużo widoków miałam okazję podziwiać (czyt. sfotografować), ale jeszcze nic straconego.